poniedziałek, 24 lipca 2017

Jak to jest być w ciąży?

Pytanie, które zapewne nurtuje wszystkie kobiety, które dopiero to czeka w niedługim czasie, planują, albo właśnie ujrzały dwie kreski na teście ciążowym. No jak to będzie?

Pierwsze wyniki wyszukiwania w Google utwierdzają w przekonaniu, że każda ciąża jest inna i każda kobieta przechodzi ją inaczej. No to jak to w końcu jest???!

Ze swojej strony, z perspektywy rozpoczętego już III trymestru, mogę opisać, jak wyglądały poprzednie 2, zanim wszystko zapomnę.

Dla niecierpliwych, którzy nie lubią czytać dużych ilości tekstu, małe streszczenie:

Co mnie najbardziej zdziwiło w ciąży?
Że tak trudno w nią zajść (niektórym). Ja akurat zaszłam bez najmniejszego problemu, ale już będąc w ciąży dowiedziałam się, ile kobiet się stara, nieraz latami, bezskutecznie. Ile doświadcza notorycznych poronień. Zadziwiające! Większość ludzi na co dzień stara się, jak może, żeby w ciążę nie zajść. Wydawałoby się, że technologia zaludniania jest prosta, jak budowa cepa, więc wystarczy przestać się starać o nie-zajście, no i gotowe! Tak właśnie było w moim przypadku. Ale nie wszyscy należą do grona szczęśliwców.

Co, moim zdaniem, jest w ciąży najgorsze?
I trymestr. Serio. Zdecydowanie przereklamowany. Jakoś tak się składa, że większość ciążowych dolegliwości przypada właśnie na te 3 miesiące, ma się więc najgorsze samopoczucie. Do tego w tym okresie najłatwiej jest stracić dziecko, więc dochodzi olbrzymi stres. Nie wykluczając stresu związanego z nową życiowo sytuacją, niepokojem o sytuację w pracy, o reakcje najbliższych itp. Czyli w zasadzie ciągły stres i niepokój, potęgowany wiedzą, że w ciąży nie powinno się stresować, a więc zaklęte koło się nakręca. Burza hormonów (nie jakaś taka przeciętna letnia burza, tylko szalone tornado z piorunami) w tym nie pomaga.

Co mi się w ciąży najbardziej podoba?
Brak okresu :p No, to jest akurat prawdziwy luksus. Nie ma to, jak świadomość, że można planować wakacyjne wyjazdy bez zastanawiania się, czy przypadkiem okres nie pokrzyżuje planów.
No i ruchy dziecka. To jest mega! Odkąd zaczęłam je czuć, przestałam się tyle niepokoić i stresować, czy aby wszystko z nim w porządku. Codziennie, o rozmaitych porach dnia daje mi do zrozumienia, że ma się bardzo dobrze. I to jest jakieś takie fajne i sympatyczne. I przyjemne. Mój M też lubi przyłożyć rękę do brzucha i poczuć wyczyny małego Wiercipięta. Jest to chyba coś, czego mi będzie po porodzie najbardziej brakowało.

To teraz przejdźmy do rzeczy. Jak właściwie do tego doszło?
Jak już wspomniałam, w ciążę zaszłam bez najmniejszego problemu, nawet bez specjalnych starań. Od paru lat myślałam o dziecku, że chcę zdążyć przed 30-stką. Wierciłam dziurę w brzuchu mojemu M, a on jakoś twardo nic w tym kierunku. Zawsze zabezpieczenia, żadnych przebąkiwań chociażby o ślubie, no nic. Aż moja cierpliwość się skończyła. Dotarło do mnie, że na zdążenie przed magicznymi trzydziestymi urodzinami nie ma szans, a więc czas porzucić marzenia, skonfrontować je z rzeczywistością i... carpe diem! Na ten rok miałam niewyobrażalną wprost ilość planów. Podróże, wyjazdy rekonstrukcyjne, obszywanie się na nowe epoki, snowboard... Tak, tak... Całkiem ładne plany dla zagłuszenia świadomości, że plan z zakładaniem rodziny nie wyszedł. Tymczasem do mojego M zaczęło z wolna docierać, że ja tak chciałam, to może jakiś mały prezent z okazji tych trzydziestych urodzin? Jednym słowem nie mogliśmy jakoś tego wszystkiego konkretnie dograć. No i wyszło samo, przypadkiem w sumie. Możnaby to nazwać pomyłką w kalendarzyku. Nie prowadziłam nigdy kalendarzyka, ale oboje mieliśmy zainstalowaną w komórce aplikację prowadzącą statystyki mojego cyklu, wyliczającą dni płodne i szacującą, kiedy ma być okres. Tak więc każde z nas dysponowało w zasadzie tą samą wiedzą.
Styczeń był w tym roku jakiś taki romantyczny, nie sprawdzało się tej aplikacji w komórce codziennie. No i M pomyliło się, ile czasu zostało do okresu. Po jednym razie bez zabezpieczeń poszliśmy na całość. Można powiedzieć, że przez 2 tygodnie nie wychodziliśmy z łóżka zupełnie nie przejmując się antykoncepcją.

Pierwsze objawy ciąży?
M pytał mnie, co z tym okresem. No jak to co? Kiedyś będzie... Nigdy nie miałam super regularnych okresów i nigdy nie pamiętałam dokładnie, kiedy ten okres właściwie ma być. Stąd pomocna była aplikacja, ale nieraz zdarzało się, że okres przychodził dzień, dwa po tym, jak aplikacja go wyliczyła, czasami jeszcze inaczej. No więc czy będzie kilka dni w te, czy we wte, to nic dziwnego ani nowego. Piersi przecież już bolą, to za chwilę będzie. I tak dzień po dniu. Któregoś dnia M się zaśmiał, że tego okresu, to tak chyba przez 9 miesięcy już nie będzie. Absolutnie nie przyjmowałam tego do wiadomości. Przecież ja miałam tyle planów! To wykluczone.
Piersi bolały, bolały, a okres nie nadchodził. W końcu sama zaczęłam się nad tym zastanawiać. No bo brzuch tez nie pobolewał jakoś tak, jak na okres. Coś tam było, delikatnie, ale to nie to. Piersi też, owszem, nabrzmiałe, przewrażliwione, ale nie do końca chyba takie, jak przed okresem. Więc poszłam do lustra. Tak, lustro mnie przekonało! Ani jednego syfa na twarzy! Przed okresem powinnam mieć wysyp kilku natrętów tu lub tam, czoło, broda, okolice nosa. Gdziekolwiek!
Więc jeśli to kogoś interesuje, pierwszym objawem, który przekonał mnie do zakupu testu ciążowego był brak typowych przedokresowych objawów w spodziewanym terminie okresu, przede wszystkim, w moim przypadku, brak trądzikowych zmian na twarzy.

Test ciążowy i co dalej?
Test kupowałam i robiłam nie pierwszy raz w życiu, więc ani cena, ani sposób obsługi nie były dla mnie tajemnicą. Kosztuje toto w drogerii lub aptece około 7 zł, robi się to wczesnym rankiem. Wstałam rano za pierwszą potrzebą i spędziłam te kilka dodatkowych sekund w łazience. Test nie wahał się ani chwili. Jak wynik "ładował się" w przeznaczonym do tego okienku, miarowo, bez zakłóceń, najpierw wyraźnie pokazała się kreska testowa, a potem ta druga, właściwa. Coś takiego widziałam pierwszy raz w życiu. Emocje? Coś w rodzaju lekkiego, ale nie aż tak, zaskoczenia, łączonego z chłodną kalkulacją. Już sam fakt, że poszłam go kupić, świadczy, że mocno brałam ten wynik pod uwagę. Po prostu miałam gdzieś z tyłu głowy nadzieję, że może to jednak nie to i pojadę w tym roku na te wszystkie wyjazdy. A z drugiej strony i nutka ciekawości. No więc okazało się, że to jednak to i wcale nie byłam jakoś bardzo zdziwiona. No bo przecież, do licha, faktycznie przez 2 tygodnie nie wychodziliśmy z łóżka. Więc podsumowaniem tego krótkiego procesu myślowego był wniosek: "A więc to już". Stwierdziłam, że mimo wszystko, mam dokładnie to, czego chciałam. Nie zdążę co prawda urodzić przed trzydziestymi urodzinami, które mają być w marcu, ale zdążyłam przynajmniej zajść w ciążę. Czy nie o tym marzyłam? O to mi przecież wcześniej chodziło, a wszystkie obecne plany wynikały z braku postępów na tym polu. No więc z żalem trzeba będzie z części tych planów zrezygnować. Jeszcze nie wiedziałam z ilu, czy na pewno z większości. Może coś się uda? Ciąża to nie koniec świata. Tymczasem planowałam wrócić jeszcze do łóżka. Było wcześnie, M spał, miałam jeszcze około godziny do pory, o jakiej powinnam wstać, żeby zdążyć do pracy. Jak wychodziłam z łazienki, zaczynała mnie z wolna ogarniać ekscytacja. Ale fajnie! Coś się dzieje! Coś nowego! No, co by nie było, jedno było pewne: będzie się działo. I to dużo. To będzie ciekawy rok. W tym nastroju poszłam spać.

Pierwsze tygodnie sponsoruje literka E - jak Euforia.
Tamtego dnia wstałam do pracy wcześnie, a mój M spał dalej. Nie było mu więc jak o tym powiedzieć. A jakoś trzeba. Można sobie układać w myślach tysiące scenariuszy, a w praktyce na coś się trzeba zdecydować. Zostawiłam mu test ciążowy na stole w kuchni. Jak już się obudzi, to tam na pewno go zobaczy. I wyszłam. Z szybkiego researchu w internecie dowiedziałam się, że mam kupić kwas foliowy i umówić się do ginekologa. Nie zwlekając przeszłam do realizacji. Wizytę miałam umówioną szybko, ale w Gdyni. No cóż, lepiej podjechać i być zbadanym od razu, niż czekać 2 tygodnie. W aptece, jak miałam kupować kwas foliowy okazało się, że są różne stężenia, a więc pani zapytała, czy jestem w ciąży. Więc po raz pierwszy musiałam komuś na głos powiedzieć, że tak. Dziwne uczucie. Ale jestem, do licha! Musi to kiedyś zacząć do mnie docierać. Po powrocie z pracy M czekał na mnie, w kuchni, test gdzieś schował, ale zapytał: "Jak się czujesz, Mamuśka?" - "A ty, Tatuśku?"
Chyba następnego dnia, albo 2 dni później miałam tę wizytę. Pani ginekolog, babeczka w średnim wieku, ale robiąca wrażenie doświadczonej, z poczuciem humoru i energicznej, przypadła mi do gustu. Zbadała coś po swojemu, pogratulowała, stwierdziła, że ciąża jak nic. Umówiła na USG, wyrecytowała całą litanię rzeczy, które mam jeść, a których nie jeść, dała skierowania na badania krwi i moczu z wyszczególnieniem mnóstwa aspektów tego badania krwi. Miałam więc być przebadana na wszystko. No i w sumie fajnie, miałam wreszcie poznać swoją tajemniczą grupę krwi i przekonać się o faktycznym stanie zdrowia. Ale nie jeść serów pleśniowych? Ja mam nie jeść serów pleśniowych????

Nie robiłam drugiego testu. Nie czułam takiej potrzeby. Przecież jeden wystarczająco szybko potwierdził moje przypuszczenia, a ginekolog tylko to potwierdziła. Próbowałam przyzwyczaić się do nowych zaleceń żywieniowych. Zaczęłam przeglądać rozmaite strony internetowe, żeby się czegokolwiek o ciąży i tym wszystkim dowiedzieć. Kupiłam sobie czasopismo ciążowo-parentingowe i przeczytałam od deski do deski. Miałam olbrzymia potrzebę z kimś się tym podzielić, ale rodzicom ani w pracy nie chciałam jeszcze mówić. Zdążyłam już się dowiedzieć, że w pierwszych tygodniach łatwo o samoistne poronienie, więc po co robić hecę. No ale przyjaciółkom musiałam napisać. I siostrze. Ktoś, do licha, wiedzieć musiał, bo bym wybuchła! Mnie tu rozpierają emocje i jak tu to wszystko ukrywać?! Byłam bardzo podniecona, chciałam już, natychmiast, coś wiedzieć, widzieć. Do USG miał być prawie miesiąc, a ja myślałam, że zwariuję. Jak miałam się przyzwyczaić do nowej roli nie widząc nic? Będąc w centrum handlowym kupiłam 2 pierwsze niemowlęce ubranka. Schowałam je w swojej szafie, bo było mi trochę głupio. Ukradkiem je wyciągałam w różnych momentach i oglądałam. Patrzenie na ubranka pomagało mi wyobrazić sobie, że będę mieć dziecko. Koleżanka poradziła mi zalogować się na forum dla ciężarnych, na którym będą kobiety z terminem na ten sam miesiąc, więc w tym samym stadium ciąży, przechodzące dokładnie to samo, co ja. Powiedziała, że to pomaga. Tak zrobiłam.

Na samym początku głównym objawem była ochota na seks. Hormony łaskawie obdarzyły mnie ogromną chcicą i brakiem innych dolegliwości. Myślałam, że tak będzie cały czas. Oboje się cieszyliśmy, mieliśmy naszą małą tajemnicę i razem epatowaliśmy tym swoim szczęściem kontynuując okres romantycznych uniesień. Mój M chyba nawet zaczął mi się jeszcze bardziej podobać, jeśli to możliwe. To jak renesans związku, nowe zakochanie. Po prostu ogłupiająca chęć przytulenia się do niego, wytarmoszenia i zaciągnięcia do łóżka. Idylla.

Pierwszy trymestr. H - jak Hormony.
Kto właściwie powiedział, że ciąża, to stan błogosławiony? Czy ktokolwiek mówił, że to coś fajnego? Nie chcę tu nikogo zniechęcać. Ciąża ma swoje plusy. Ale ma też minusy. Blaski i cienie. Tylko, że zdecydowanie najbardziej upierdliwy jest jej początek. Owszem, czekają mnie jeszcze ostatnie 2 miesiące, no i poród, może jeszcze zmienię zdanie. Ale póki co, pierwsze 3 miesiące (nie licząc tych kilku tygodni idylli) wspominam zdecydowanie najgorzej. Dlaczego?

W skrócie rzecz ujmując, początek ciąży to nagła zmiana dotychczasowego trybu życiu, cała sterta wyrzeczeń i prawie żadnych plusów. W miarę, jak pierwsze emocje krzepną, przed oczami staje coraz konkretniejsze wyobrażenie, ile jeszcze czasu trzeba w tym nowym trybie wytrzymać. Coraz brutalniej docierają informacje, z których planów i aktywności należy zrezygnować. Ilu smacznych rzeczy nie jeść. Po woli zaczyna ogarniać niepokój o stan zdrowia płodu, o pracę, o reakcje rodziny. A potem z wolna zaczynają się dolegliwości ciążowe. I pozamiatane.

Brzucha jeszcze nie widać. Z wypiekami na twarzy kupuje się kolejny numer magazynu ciążowego, a tam, na okładce, na zdjęciach, uśmiechnięte kobiety z wielkim brzuchem. Nawet reklamy Google zaczynają się dostosowywać do ostatnich wyszukiwań i podrzucają kolejne fotki wielkich brzuchatek. No świetnie, ale ciąża, to także te pierwsze miesiące, kiedy nie widać nic!

Codziennie stawałam przed lustrem patrząc, czy cośtam mi już urosło. Nic a nic. Zero satysfakcji. Nikt, patrząc na mnie, nie zgadnie, że jestem w ciąży. Nikt nie ustąpi miejsca w kolejce, czy autobusie. W moim życiu tyle się zmienia, a jakby nic się nie zmieniło. Traciłam energię, apetyt, a nikt nie mógłby się domyślić, że dzieje się ze mną coś niezwykłego. Robiło mi się słabo za każdym razem, gdy wchodziłam do supermarketu czy centrum handlowego. Nawet chciało mi się płakać z byle powodu. A czasem, to nawet miałam powód. Wolne dni na zimowy wyjazd na snowboard były już zaklepane. Tak się cieszyłam na ten wyjazd. I im więcej czytałam na ten temat, tym bardziej byłam pewna, że nie powinnam jechać. Nawet przyjaciółka w rozmowie przez Messengera usiłowała ściągnąć mnie na ziemię. Aż otworzyłam stronę, gdzie jak wół były wypisane sporty najbardziej niewskazane w ciąży, w tym narciarstwo i snowboard. Z jakim okropnym żalem musiałam zrezygnować z tego wyjazdu. Jak głupio mi było pisać do znajomych, którzy porezerwowali już pokoje, bez podawania prawdziwej przyczyny mojej rezygnacji. Był to pierwszy kryzys związany z prawdziwym wyrzeczeniem poniesionym dla dobra ciąży, której nawet, cholera, nie widać.

Właściwie doszłam wtedy do wniosku, że ciąża jest jak taki dłuuugi okres, tylko, że bez okresu. Ma się hormony, bardzo dużo hormonów sterujących całym postępowaniem, brzuch pobolewa, piersi nabrzmiałe, rozmaite nastroje. I tylko okresu brak. Chociaż tyle dobrze.

No dobra, jakie są te dolegliwości ciążowe?
Tu wracamy do oklepanego frazesu: każda ciąża jest inna i każda kobieta przechodzi ją inaczej. Jest też na ten temat mnóstwo stereotypów i mitów.
U mnie było dosyć lajtowo, ale i tak dało mi popalić. Na szczęście, nie wymiotowałam ani razu. Teraz pewnie wszystkie kobiety, które objęciami muszli klozetowej witały każdy nowy dzień swej ciąży spojrzą na mnie z politowaniem i powiedzą: "Toż ty nic nie wiesz o dolegliwościach ciążowych!"
No tak, ale kto nie nazwie dolegliwością całkowitej utraty apetytu na około miesiąc? Wiecie, jak to jest nie odczuwać żadnej przyjemności ani satysfakcji z jedzenia? Wmuszać w siebie posiłki z czystego rozsądku? Jeść cokolwiek po to tylko, żeby jeść, bo wiadomo, że trzeba?

Czytałam nie tylko w internetowych kalendariach przebiegu ciąży, ale i na forum, do którego dołączyłam, ile kobieta powinna przybrać na wadze na tym etapie, na którym byłam. I inne forumowiczki przybierały, a ja chudłam. Na każdej kolejnej wizycie kontrolnej ważyłam mniej. Wmuszałam w siebie posiłki z nadzieją, że to wszystko nie zaszkodzi dziecku. Nie miałam siły ani ochoty jeść tyle, ile zalecały mądre poradniki. Cieszyłam się, jak zjadłam cokolwiek. Na talerz z potrawą z pracowniczej stołówki patrzyłam bez żadnych emocji. Było to jak tektura, którą należy przeżuć i połknąć. Kiedy opuściła mnie przyjemność z jedzenia czułam się, jakbym się żegnała ze wszystkimi przyjemnościami w życiu. Na mój wyczekiwany wyjazd snowboardowy nie pojechałam i już jakoś to odcierpiałam, zaczynałam rozumieć, na ile innych wyjazdów także nie pojadę, czego nie zrobię i nie uszyję. Nawet seks nie sprawiał mi już takiej przyjemności, jak na początku, bo zaczęłam obawiać, się, czy aby nie szkodzi dziecku. A jeżeli spanie, jedzenie i seks to jedne z największych przyjemności w życiu, to wynikało z tego, że pozostaje mi już tylko spanie. A i z tym bywało różnie.

Otóż ogarniała mnie coraz większa senność. Zaczęłam praktykować drzemki w ciągu dnia. Przespanie 3 godzin w środku dnia to nic nadzwyczajnego. Tylko potem czasami miałam problem, żeby od razu zasnąć w nocy. W kulminacyjnym momencie mojej senności byłam bliska zaśnięcia na stojąco podczas spaceru z psem. Pies ciągnął mnie na smyczy, mi zamykały się oczy i marzyłam tylko o tym, żeby dobrnąć wreszcie do domu i walnąć się na łóżko. Nikt, kto nie był w ciąży nie wie, jak bardzo życie, takie zwykłe, codzienne, może być męczące. Spanie stało się moim hobby. Zaczęłam rozumieć wszystkie memy związane ze spaniem. Mój organizm był tak zajęty produkowaniem wszystkich kończyn i organów małego człowieka, że nie starczało już energii na moje normalne funkcjonowanie. Czułam się jak zamulony bawół.

Do tego jeszcze te uczucie duszności, albo słabości w centrach handlowych. Nie jestem wytrawną zakupoholiczką, kupuję najczęściej, bo muszę. Np zrobić zakupy spożywcze. Do tego tak się składa, że pracuję w centrum handlowym. No więc spadek sił w momencie przekroczenia progu miejsca pracy nie jest raczej niczym dobrym. Raz, jak byłam w sklepie, by obejrzeć mebelki dziecięce, zrobiło mi się tak słabo, że musiałam usiąść. Rozpaczliwie szukałam wody. Kręciło mi się w głowie, było duszno. Lekarka powiedziała, że w ciąży to normalne. Hura! Żyć, nie umierać.

Nieustający niepokój. Otóż był on stałą częścią I trymestru. Niepokoiło mnie, po kolei, wszystko. Najpierw niepokoiła mnie praca. Miałam ją od niedawna, a tu nagle ciąża. Jak to będzie wyglądało? Co oni powiedzą? Potem rodzina. Jak zareagują? Zwłaszcza na to, że nie mamy ślubu? A teściowie? Ucieszą się, czy nie? Potem zdrowie dziecka. Czy ja się w pracy nie przemęczam, czy nie podniosłam czegoś zbyt ciężkiego? Czy nie zaszkodziłam? Czy ten ser, który wczoraj jadłam, na pewno był zdrowy dla płodu? A te bóle brzucha? Normalne, czy nie? Forum ciążowe w równym stopniu pomagało, co nakręcało te lęki. Z jednej strony o wszystko można było zapytać i otrzymać odpowiedź od doświadczonych mam, będących obecnie w kolejnej ciąży. No więc diagnozowały bóle, opisywały swoje sytuacje, nieraz o wiele gorsze od tego, czego ja doświadczałam. No i wtedy czułam się lepiej. Dziewczyny z forum jadły rzeczy, które moja ginekolog odradzała i też czułam się lepiej. Bo ja tego nie jadłam. Byłam silna. Ale część z nich opowiadała też historie swoich poronień. W 9 tygodniu. W 12. W 16. Jedna straciła dziecko w 22. Odhaczałam kolejne tygodnie myśląc sobie, że udało mi się zabrnąć dalej. Czyli chyba jest dobrze. Chyba. A co, jeśli coś się stanie w następnym? Żeby zgłębić temat, poczytałam mądrości internetu na temat poronień. Wg jednej wersji najwięcej jest do 8 tygodnia, wg innej, do 12. Po przekroczeniu każdego z tych progów czułam, jakbym zaliczyła jakiś ważny etap. Ale czy już można odetchnąć z ulgą? Jak się nie stresować, kiedy tyle rzeczy stresuje? Na każde USG chodziłam nie tylko po to, by wreszcie zobaczyć Maleństwo, ale także, by się upewnić, że wszystko z nim w porządku. No i było w porządku. Tydzień od badania zaczynałam znów popadać w niepokój.

No i płacz. Rzadko, ale jak już ruszy, to na całego. Na pierwsze umówione USG nie dotarliśmy. Odliczałam do niego dni i godziny, wsiadałam do samochodu podekscytowana na całego. M prowadził. Wyjeżdżamy na obwodnicę, pierwsze kilka kilometrów i... korek. Czas leciał nieubłaganie, a my w korku i nic się nie dało zrobić. W końcu M skorzystał ze zjazdu i pojechaliśmy miastem. Wpadliśmy do przychodni zdyszani, ale spóźnieni. Powiedziano nam, że lekarka już poszła, bo to była jej ostatnia wizyta. Jak to usłyszałam wpadłam w atak nie dającego się powstrzymać płaczu. Byłam jednocześnie upokorzona tym, że ryczę przy ludziach, ale nie mogłam nic z tym zrobić. Ostatecznie babeczki z recepcji wysłały mnie do położnej, żeby ze mną pogadała. Była wyjątkowo wyrozumiała, pocieszała mnie, umówiła na inny termin. Na korytarzu kazała mojemu M często mnie przytulać. I wyjaśniła, że to tylko hormony.

Miałam pracować do końca marca, od kwietnia iść na zwolnienie. I tak coraz trudniej było mi sprostać obowiązkom w pracy. Nie mogłam przecież dźwigać, więc albo musiałam prosić kogoś o pomoc, albo przenosić paczki po jednej na wózek i tak samo ostrożnie je wyładowywać. W efekcie wszystko robiłam trochę wolniej. Do tego jeszcze to zmęczenie, duszność. Wypijałam więcej wody. Raz wynikła z tego afera, bo chcieli mnie zmienić z kimś na kasie, bo pracowałam za wolno. Wynikło jakieś nieporozumienie, reszta pracowników stworzyła własną wersję, plotki ruszyły. W efekcie następnego dnia znowu dostałam ataku płaczu. Starałam się chować gdzieś, gdzie jest mniej ludzi, ale całkiem nie dało się ich uniknąć. Jednego z ostatnich dni pracy coś mi strzeliło w kręgosłupie i nie mogłam się ruszać. Siedziałam zesztywniała, a ruchy rękami powodowały okropne cierpienie. Chciałam to wytrzymać, ale wracając po przerwie znowu się poryczałam. Ktoś powiedział, żebym poszła odpocząć. Siedziałam i ryczałam. Wysłali mnie do domu. Kilka dni przeleżałam w łóżku nie mogąc się poruszać. Pomógł mi fizjoterapeuta.

Kiedy zaglądałam do kalendarium przebiegu ciąży, żeby przeczytać, co się właściwie teraz dzieje, irytowały mnie zdania w stylu: "już niedługo poczujesz się znacznie lepiej". Tak? Dziękuję bardzo!

II trymestr. Internety miały rację!
Zaczął się kwiecień, a moje dolegliwości ustępowały jedna po drugiej. Jako pierwszy powrócił apetyt. Powitałam go z olbrzymim entuzjazmem. Nikt nie wyobraża sobie jakie to cudowne uczucie móc znów odczuwać przyjemność z jedzenia! Doceniałam smak każdej, nawet drobnej rzeczy. Poczułam się o wiele lepiej. Potem, stopniowo, stawałam się mniej senna. Przestałam też wstawać w nocy kilkakrotnie do toalety. A więc internetowym poradom mogę przybić piątkę, a ich autor może wygłosić dumne: "A nie mówiłem?" Owszem. Poczułam się znacznie lepiej. Życie w 2 trymestrze ciąży staje się lżejsze. Mniej dolegliwości, mniej niepokoju. No i jakoś tak łatwiej się żyło, bez tego całego zmęczenia, miałam więcej energii, mogłam normalnie wybrać się do sklepu, na spacer, uszyć coś na maszynie. Bez pracy miałam też czas, właśnie na hobby, zaczęłam szyć niemowlęce ubranka i pieluchy. Czułam się, jakby łatwiej było nawet oddychać!

Na początku maja zaczęłam odczuwać ruchy płodu. Sprawiło mi to wielką ulgę, bo już zaczynałam się niepokoić, czy to aby nie jest źle, że ich nie czuję. Odkąd Maleństwo zaczęło buszować po moim brzuchu i urządzać w nim dzikie harce, stałam się znacznie spokojniejsza. Już nie musiałam zamartwiać się jego stanem. To po prostu czuć, że ono tam jest. Skoro się rusza, to wszystko z nim dobrze. Dodawało mi otuchy i towarzystwa.

Nadszedł też ten upragniony dzień, w którym zaczęło być widać brzuszek. Był pewnie jeszcze całkiem mały w porównaniu z tym, jaki mam teraz, ale mnie rozpierała duma. Wyciągnęłam M na ogród, aby porobił mi zdjęć. Wyglądałam jak prawdziwa kobieta w prawdziwej ciąży!

Odkąd brzuch rósł, a Maleństwo towarzyszyło mi swoimi ruchami, przestałam aż tak odliczać dni do kolejnych badań. Zrezygnowałam też z zaglądania na forum ciążowe. Wsparcie już nie było mi tak potrzebne, a nie chciałam się też niepotrzebnie denerwować tym, co tam wypisują. No i zwyczajnie nie miałam na to czasu, bo pochłonęło mnie szycie, wybieranie wózka i mebelków, kupowanie ubranek.

Nadal odliczam dni do porodu, bo jednak ciąża to nie lukrowane cukierki. Jest fajnie, ale jedne dolegliwości zamieniają się w inne. W 2 połowie II trymestru zaczęły boleć mnie plecy. Kręgosłup. I to nie na odcinku lędźwiowym, mimo widocznej lordozy, ale na odcinku piersiowym, dokładnie tam, gdzie kiedyś "strzeliło" mi w pracy. Tak więc, jak dłużej posiedzę, bolą mnie plecy i muszę się położyć. Do tego doszedł ból jakiegoś mięśnia czy czegoś z przodu, poniżej biustu, na wysokości żeber. Najpierw panikowałam, co to może być. W końcu doszłam do wniosku, że to jakiś ból uciskowy. Tak więc boli mnie albo z tyłu, albo z przodu, albo i tu i tu. Zaczęłam się już do tego przyzwyczajać.

Bywa, że trudno mi się wygodnie ułożyć do snu. Mam wielki brzuch i nie powinnam leżeć na nim. Znalezienie wygodnej pozycji, to wyzwanie.

Mimo wszystko jestem zadowolona ze swojej figury i wyglądu. Podobno niektóre kobiety wpadają w kompleksy, że figura im się zmienia, że piersi rosną, że brzuch... U mnie nic z tych rzeczy. Owszem, biust mi urósł, ale to fajne, teraz jest jędrny i trzyma się nawet bez stanika. A brzuch? Moim zdaniem jest śliczny! Tyle czekałam, aż go zobaczę, a jak zaczął rosnąć, to jak piłeczka. Ja za bardzo nie utyłam. Owszem, odkąd wrócił mi apetyt, zaczęłam wreszcie przybierać na wadze, ale bez przesady. Samo dziecko waży w tej chwili ponad 1200 g. Ręce i nogi mi nie utyły, wyglądam, jakby doklejono do mnie taką fajną, okrągłą piłkę. Jest fajna i zgrabna, tak przynajmniej uważam. Dobrze się z tym czuję. Nie mam plam na twarzy, chociaż jest środek lata. Z ciuchów ciążowych chętnie zakładam obcisłe bluzki, bo w nich dobrze widać, jak okrąglutka jest "piłeczka".

II trymestr to faktycznie dobry czas na wyjazd, np na wakacje. Z tą całą energią można docenić uroki wyjazdu, a dolegliwości nie popsuja wspomnień.

Na początku III trymestru dochodzę do wniosku, że staję się wielka. Piersi znowu pobolewają, pewnie znów będą się powiększać. Piłeczka jest już konkretną piłką, coraz większą. Zdarza mi się czymś zawadzić o coś, chodzę po domu jak słonica i zrzucam różne rzeczy, potrącam sprzęty. Buty zawiązuję na taborecie. Paznokcie u stóp obcina mi M. Mniej więcej od początku lipca Maleństwo inaczej się porusza. Ono też już nie ma tam miejsca. Teraz, jak poszaleje, jest tak, jakby wnętrzności wywracały mi się do góry nogami.

No i to tyle, jeśli chodzi o opis dotychczasowego przebiegu mojej ciąży. Może to komuś pomoże?

W ramach ciekawostki dodam, że w pracy menagerka ucieszyła się na wieść o ciąży. Ja nie miałam pojęcia, jak jej to powiedzieć, a ona niemal się popłakała ze szczęścia. Serio. I powiedziała, że w tych czasach, kiedy tyle kobiet ma problemy z zajściem w ciążę, lub z jej donoszeniem, należy się cieszyć z każdej ciąży, która się uda. Mówiła, że nawet w tej firmie jest "tyle dziewczyn, które się starają latami i nic." Nie chciało mi się w to wierzyć. Jak to? Czy na prawdę to jest takie trudne?

Moja przyjaciółka podsumowała to tak: "nie ma się co dziwić, że ludzie mają problemy z zajściem w ciążę. Niezdrowy tryb życia, zła dieta, za dużo stresu. Do tego kobiety latami stosują antykoncepcję hormonalną. Nie, że rok, dwa, pięć, ale po dziesięć lat i więcej, a potem się dziwią, że mają powikłania. A mężczyźni używają za dużo używek, alkohol, papierosy. I jeszcze pampersy źle działają na chłopców. Wszystko to razem sprawia, że jest, jak jest."