piątek, 6 października 2017

O czym powinna pamiętać ciężarna?

Piszę ten post w dniu terminu porodu, aby pozostał tu, ku pamięci. Póki co jestem w tych tematach na bieżąco, ale kto wie, co się z tą wiedzą bezcenną stanie do czasu kolejnej ciąży?

Jest wiele spraw spędzających sen z powiek ciężarnej kobiecie, która niby nie powinna się stresować, a jednak się stresuje. Czy taki ból jest normalny? Co można brać na kaszel? Czy już wykręcać nr do lekarza? Czy może jednak po prostu iść się przespać?

Tak więc wypiszę tu sobie, a także dla innych panikujących i poszukujących informacji osób, kilka przydatnych punktów. Pamiętajcie jednak, że każda ciąża jest inna i w razie jakichkolwiek wątpliwości konsultujcie się ze swoim lekarzem prowadzącym. Nie z mądrościami z internetu. Bo, jak to mówi moja ginekolog, najlepiej jest, zamiast się nakręcać "Wyłączyć internet i iść na spacer".


Z czego zrezygnować, będąc w ciąży?
- ze sportów urazowych. To znaczy: nie jeździmy konno, na nartach ani snowboardzie, nie uprawiamy wspinaczki ani innych sportów, w trakcie których można upaść, czymś oberwać, mieć wypadek itp. Czyli w zasadzie pozostają nam spacery i pływanie ;)
- z gorących kąpieli i z sauny!!! Tylko umiarkowana temperatura wody, bo można zasłabnąć.
- z jedzenia surowego mięsa i jajek oraz niepasteryzowanych produktów mlecznych. Żegnaj, tatarze!
- także z wędzonych i pleśniowych serów (i chyba wędlin też). I z wędzonych ryb. Mogą zawierać bakterie niebezpieczne dla płodu.
- oczywiście z alkoholu i papierosów. Na imprezach popijamy dodający otuchy soczek!
- ze słodkich napojów gazowanych. Nic tam nie ma zdrowego, a łatwo z nimi przesadzić.
- z mięsa o niepewnym pochodzeniu. A zwłaszcza z tego, o pewnym: eliminujemy drób z wielkich ferm i ryby hodowlane. Więcej w tym chemii i antybiotyków, niż składników odżywczych.
- z nadmiaru witaminy A (też szkodliwe dla płodu). Czyli, np z wątróbki.
- z nadmiaru kawy! Jedna kawa dziennie jest OK. Poza tym warto pić kawę zbożową.
- z przyjmowania leków. Ani jednego leku bez konsultacji z lekarzem! Czyli, najprościej rzecz ujmując, najlepiej zrezygnować z chorowania.

W takim razie, co jeść, będąc w ciąży?
- zdrowo się odżywiać, wg najpopularniejszych zaleceń: 5 posiłków dziennie (mniej a częściej).
- warzywa i owoce 5 porcji dziennie (wiem, trudno temu sprostać, ale warto przynajmniej się starać).
- ryby, zwłaszcza morskie, 2 razy w tygodniu
- produkty mleczne, zbożowe, kasze (bo potrzebujemy tych wszystkich cennych składników, a więc dieta ma być zróżnicowana)
- mięso bogate w żelazo, np wołowina, zwłaszcza, jeśli mamy anemię ciążową. Z mięsa łatwiej się przyswaja żelazo, niż np ze szpinaku. W razie anemii warto się też wspomóc np natką pietruszki.
- witaminę C, bo pomaga w przyswajaniu żelaza. Najlepiej taką naturalną z owoców. Oprócz tych oczywistych, sporo jej też podobno w kiwi.
- pić dużo wody.

Czym się leczyć w ciąży?
- tym, co zaleci lekarz i zaaprobuje lekarz prowadzący ;)
- przyjmować suplementy witaminowe zgodnie z zaleceniami lekarza, na początku będzie to kwas foliowy, potem "preparat witaminowy pięcioskładnikowy".
- na przeziębienie - lipne leczenie! Czyli herbatka z lipy. No i ziołowe inhalacje też, czemu nie.
- zamiast kropli do nosa, hipertoniczna woda morska
- na gardło bezpieczny Tantum Verde
- miód, cebula, czosnek i leżenie w łóżku ;)
- na wszelkie niepokojące bóle brzucha No-SPA. Lepiej ją wziąć, niż nie wziąć.
- na infekcje intymne też lekarz coś poleci, na delikatne upławy pewnie coś w stylu Lactovaginal, na mocniejsze przepisze lek na receptę.

Co może boleć w ciąży, a nie powinno się od tego od razu zwariować:
- w pierwszym trymestrze normalne są:
-- bóle i tkliwość piersi
-- kłucia w podbrzuszu - związane z rozciąganiem się macicy
-- bóle brzucha jak na okres (ale bez przesady)
-- drobne kłucia w pochwie i wargach sromowych - podobno te nie są związane z rozrostem macicy, tylko to jakoś ciągnie od kręgosłupa czy coś. Gin twierdziła, że kompletnie inne nerwy za to odpowiadają.
-- bóle brzucha spowodowane aktywnością jelit, łatwe do pomylenia z bólami w okolicach macicy.
- na wszystko to powyżej, w razie stresu brać No-SPĘ. Jeśli po No-SPIE nie przechodzi, albo w ogóle się nasila i niepokoi, to iść to zbadać do ginekologa albo na Izbę Przyjęć.
- w drugim trymestrze kręgosłup i generalnie plecy.
- w trzecim trymestrze:
-- bóle krzyża
-- miednica
-- pachwiny
- to powyżej boli, jak się rozszerza i przygotowuje do porodu.
-- ewentualnie ból pod pachą z powodu przytkanego kanalika mlecznego. Jeśli przechodzi po około 2 dniach, albo po masażu / ciepłych okładach, to jest ok. Jak nie, to konsultacja z lekarzem.

Ogólnie wszystkie niepokojące objawy i tak konsultujemy z lekarzem. Powstrzymujemy się od paniki, jeśli wiemy, że z naszą szyjką macicy jest wszystko w porządku na kolejnych badaniach. Ale jeśli nie, to nie lekceważymy żadnych objawów!!!

Oznaki zbliżającego się porodu:
- opuszczenie brzucha
- wspomniane bóle krzyża, pachwin i miednicy / spojenia łonowego.
- skurcze przepowiadające (to magiczne słowo, które nie wiadomo, z czym się je, dopóki się tego nie doświadczy). To takie jakby napięcie a potem rozluźnianie całego brzucha. Ileś razy dziennie, w różnych momentach, nawet w nocy, nieregularne.

Sposoby na przyspieszenie porodu (jak mamy już donoszoną ciążę, w terminie, a Maleństwu się nie spieszy. Nie powiedziane, że cokolwiek pomogą, ale nie zaszkodzą, a nas uspokoją):
- "dużo seksu" - cytuję lekarza. Chodzi tu zwłaszcza o spermę, czyli bez żadnych gumek!
- masaż i pieszczenie sutków
- spacery i w ogóle dużo chodzenia, także po schodach
- napary z liści malin - pite codziennie, raz ponoć nic nie da. Zresztą w ogóle jak dla mnie, to bardziej placebo, ale dobre i to jak się już dostaje nerwów ;)


Pieluchy Wielorazowe

To istotna rzecz, związana z wyprawką, o której chciałam napisać. Do porodu zostało mało czasu, a ja się relaksuję, spokojna, bo większość rzeczy dla dziecka już mam. Przynajmniej tych na start. Mam też pakiet pieluch wielorazowych. Co to znaczy? W praktyce znaczy to tyle, że nie będę ganiać do sklepu po pampersy.

O pieluchach wielorazowych jest już wystarczająco wiele blogów, opisujących, co to jest, z czym to się je, jakie są ich rodzaje, czym się różnią, jak je prać itp. Nie będę się więc teraz nad tym rozwodzić, jak ktoś chce do tej wiedzy dotrzeć, to dotrze. Np tutaj.

Tak w skrócie, dla przerażonych osób kompletnie niezorientowanych (z tego, co dotychczas wyczytałam):
- Nowoczesne pieluchy wielorazowe to nie tetra i ceratka, tylko eleganckie estetyczne majteczki z wkładkami na kształt podpaski z materiału. Zakłada się to jak pampers a potem się pierze. Tetry oczywiście też można w tych majteczkach używać, jeżeli się chce. 
- Tych pieluch się nie gotuje ani nie prasuje. To im tylko zaszkodzi.
- Długotrwałe moczenie w śmierdzącej wodzie to też mit. Tak można sobie w domu tylko rozpocząć hodowlę bakterii. Nie. Tak się nie robi.
- Więc co? W teorii cały problem z ich użytkowaniem, to przechowywanie w wiaderku, zeskrobanie "dwójki" i pranie w temperaturach 30-60 stopni z użyciem specjalnego odkażacza. No i suszenie, jak zwykłych ubrań. To tyle.
- Są tak ładne, że niektóre matki wpadają w szał kolekcjonerstwa i kupują dużo za dużo, "bo nowy ładny wzór się pojawił!" Słyszał ktoś o takiej miłości do pampersów?
- Mitem jest także, że tanie pieluszki chińskiej produkcji w rozmiarze uniwersalnym (takie tam z Allegro czy Aliexpress) wystarczą na cały okres użytkowania pieluch, od urodzenia do nauki korzystania z nocnika. Owszem, rozmiar uniwersalny oznacza, że łączy w sobie kilka rozmiarów, np. M-L, albo M-XL, czy S-L, ale noworodek potrzebuje osobnej, specyficznej wyprawki. Bo noworodek to rozmiar XS-S. Czyli w żargonie pieluchowym NB od "newborn".

Tak więc zdecydowałam się zaryzykować, postawiłam wszystko na jedną kartę i skompletowałam sobie pieluchową wyprawkę za kilkaset złotych. Prawdopodobnie czegoś mi jeszcze brakuje i coś będę dokupować później. Szaleństwo? Podobno i tak ma szansę wyjść taniej, niż pampersy. Ale w zasadzie na takie pieluchy ludzie nie decydują się z oszczędności, albo nie tylko dlatego. 

Rozwiewając ostatni mit: czy to jest tańsze niż pieluchy jednorazowe? I tak i nie. Ma taką szansę, ba, ma szansę być o wiele tańsze, ale to zależy tylko od nas. Przy odpowiedniej samokontroli zakupowej możemy finansowo wyjść znacząco na plus. Ale to jak ze wszystkim: na pieluchy wydamy tyle, ile chcemy i możemy wydać. No bo co, jeśli nasza ulubiona firma wypuści nową kolekcję? Ale jeśli przewidujemy pieluchowanie w ten sposób kilkorga dzieci, prawdopodobnie zaoszczędzimy fortunę, nawet przy lekkim szaleństwie kolekcjonerskim.

No to czemu chcę tego spróbować? Bo wydaję się fajne z kilku powodów. Po pierwsze jest zdrowsze. Nie odparza tak pupy, jest bardziej naturalne i bez chemii. Nie ląduje na wysypisku śmieci. Jest to bardziej tradycyjne rozwiązanie, a nie wymysł XX wieku, który niekoniecznie dobrze odbije się na zdrowiu przyszłych pokoleń. Bo daje się prztyczka w nos wielkim korporacjom i można kupić rodzimy produkt u dobrych, małych, polskich producentów. No i można na jednym zestawie obsłużyć kilkoro dzieci, jeśli mamy pieluchy odpowiednio dobrej jakości. 

Jednym słowem to pomysł na tyle dziwny i szalony, że po prostu muszę go spróbować!

A teraz już całkiem do rzeczy: co właściwie kupiłam?
Będę pisać kolejne posty, jak już zrewiduję te swoje optymistyczne założenia w praktyce. Na razie jednak poczyniłam kilka założeń i w oparciu o nie kupiłam to i owo.

Otulacze i kieszonka, rozmiar "newborn"


Za radą internetowych blogowych mądrości postanowiłam wypróbować różnych produktów różnych firm, żeby mieć porównanie i rozeznanie, co się u mnie sprawdza. Na zestaw testowy wybrałam wyprawkę noworodkową, w oparciu o swoje wnioski będę kompletować tę większą, czyli OS ("one size"). Tak na prawdę pół wyprawki OS już mam, bo tak mi się opłacało kompletować zamówienia, żeby oprócz czegoś dla noworodka wziąć przy okazji coś większego na jedną przesyłkę. 

Wyprawka noworodkowa to dodatkowe pieniądze, ale ponoć warto, bo nic tak dobrze na noworodka nie pasuje, jak ten właśnie rozmiar. Także poszalałam. Poczytałam sobie o systemach pieluch i zdecydowałam się na otulacze + tetrę i wkłady. Tetra się podobno opłaca szczególnie przy noworodku, no i jest tania. Ale tetra terze nierówna, czyli to, co w większości sklepów typu Pepco jest w sprzedaży za 2 zł jako "pieluszka tetrowa" służy do wycierania dziecku buzi, a nie na pupę. Do pupy trzeba większej gramatury materiału i wtedy to działa.

Zdecydowałam się też na pieluszki polskie. Był to jakiś taki klucz przy wyborze zakupowym.

Jednym słowem, w obrębie wyprawki noworodkowej opartej na systemie otulaczy, postanowiłam spróbować wszystkiego: 
- postawiłam na pieluchy nowe, ale kupiłam też kilka używanych z popularnego na FB bazarku, skoro tak go sobie ludzie chwalą
- chciałam wspierać te 100% polskie, ale, że to jednak kosztuje, kupiłam też "polskie chinki", żeby zaoszczędzić na kolejne zakupy u małych polskich producentów. No i żeby wiedzieć, czy te "chinki", czyli wyroby "made in China" są faktycznie gorsze od rodzimych. Mimo to, chinki kupiłam u polskiej firmy, czyli polskiego producenta sprzedającego pod polską marką, ale zlecającego produkcję w Chinach.
- kupić coś większej firmy z wyrobioną opinią i od mniejszej, nazwijmy to "szyjącej mamy" na zamówienie
- kupiłam sporo dobrej jakościowo, polskiej bawełnianej tetry w gramaturze 140, ale chciałam wypróbować też wkłady. Różne. Preferowałam naturalne, ale mam też jakieś z mikrofibrą. Mam też zastęp polecanych na forach ręczniczków z Ikei i kilka formowanek.
- zdecydowałam się (przynajmniej dla noworodka) na otulacze z PUL-u, ale kupiłam też 2 wełniane.
- niby kompletowałam otulacze, ale kupiłam też jedną kieszonkę na spróbowanie, żeby wiedzieć, co tracę ;)
- większość rzeczy kupiłam, ale spróbowałam też własnych sił w szyciu pieluch. Dla noworodka uszyłam dwie formowanki. Na rozmiar OS natomiast otulacz wełniany. Teraz już umiem je szyć, więc jak mi czegoś zabraknie, zawsze mogę doszyć.
- zaopatrzyłam się zarówno we wkładki "sucha pupa" (z polaru i coolmaxu, kupne i zrobione z kocyka) jak i bibułki jednorazowe

To formowanki. Te dwie niebieskie sama szyłam ;)

Tak więc generalnie wybrałam otulacze z PUL-u, przy wsparciu wełniaczków i zestaw wkładów i tetry różnego rodzaju i w różnych rozmiarach. W gruncie rzeczy postawiłam na nowe produkty polskie, ale testuję też jeden prefold XKKO (chyba czeski), jedną polską markę produkującą w Chinach, no i kilka rzeczy używanych, a także mój własny hand-made. Co mi to da? Czas pokaże. Z pewnością rzeczy z bazarku i te "chińskie" są tańsze. A te zrobione przeze mnie to już w ogóle rewelacja dla portfela, tyle, że jestem początkująca w temacie i coś mogłam zrobić nie tak. No i do tego produkty z Ikei, o których sama IKEA nie wie, że ludzie polecają sobie jej wyroby do używania właśnie w tym celu...

Mój zestaw startowy "newborn" to:
- 4 otulacze PUL - 2 firmy Kokosi i 2 Pupus
- 1 kieszonka Pupus z bazarku
- 2 otulacze wełniane - 1 nowy na zamówienie od Agisowo, 1 Puppi z bazarku
- wkłady bambusowe Kokosi: 2 składane "ręczniczkowe" i jeden wkład mały
- wkłady Pupus: 2 bambusowe z mikropolarkiem
- wkład Mommy Mouse z burtami
- 2 prefoldy tetrowe Katal
- 1 prefold bawełniany XKKO
- paczka ręczniczków KRÄMA, kolorowe ręczniczki HÄREN, oraz jakieś 2 NÄCKTEN z Ikei
- tetra Katal w rozmiarze 50x50 3 sztuki, 60x60 kilka sztuk i coś 60x80
- tetra "Polska tetra" ze sklepu Pupus w rozmiarze 60x80
- flanelowa pieluszka 60x60
- formowanka welurowa z 1 wkładem od Agisowo
- formowanka bambusowa Pupus
- 2 formowanki flanelowo-ręcznikowe szyte przeze mnie
- 1 formowanka - kieszonka noname z bazarku i 1 noname otrzymana w prezencie
- 2 wkładki "sucha pupa" z polarku Pupus, 1 z coolmaxu Kokosi, oraz jak na razie 7 z kocyka VITMOSSA z Ikei (reszta koca poszła na małe kocyki dziecięce)
- no i klamerka Snappi ;) Jedna, zielona.

Czy to wystarczy? Czekam na wielki beta-test ;) Zaczyna mnie przerażać, co będzie, jak Maleństwo "skasuje" wszystkie otulacze jednego dnia. Ale staram się nie wpadać w panikę i nie kupować teraz już nic. Dopiero, jeśli w praktyce się okaże, że mam za mało. Zawsze mogę też coś doszyć.


A to przegląd wkładów chłonnych. Nie robiłam zdjęć tetry, flaneli i wkładu z burtami, za to są tutaj "boostery" z wkładów rozmiaru M/S Mommy Mouse, bo zamierzam się nimi posiłkować.

Robiłam już wstępne pranie, aby pieluchy nabrały chłonności, większość jest wyprana 2 razy. Jako, że nadchodzi jesień i wilgotność powietrza jest spora, część rzeczy schła mi długo. Ale samo pranie i rozwieszanie to fajna zabawa. Zwłaszcza czystych, ładnych rzeczy :p

Zalanolinowałam też moje wełniaki. Tak, przeszłam pierwsze pranie ręczne tych pieluch i zrobiłam moją pierwszą w życiu domową kurację lanolinową. I co? Da się przeżyć. Nie taki diabeł straszny. A więc ma działać. Podobno.

W szyciu pieluch najbardziej irytuje mnie wszywanie gumek, ale to głównie dlatego, że akurat moja maszyna się przy tej czynności buntuje. Może kiedyś opanuję lepszą metodę, lub zmienię maszynę ;) Póki co jakoś to idzie. Natomiast uwielbiam nabijać napy. To świetna zabawa!

czwartek, 14 września 2017

Ciążowe zakupy

No więc właśnie, jak to jest? Kupować jakieś ciążowe ciuchy i gadżety, czy nie kupować? Zdania są podzielone.

Spotkałam się gdzieniegdzie z opinią, że nie warto wydawać na ciążowe ubrania. Przecież to na tak krótko i po co w ogóle?

Ja dość szybko, bo już w pierwszym trymestrze ciąży rozpoczęłam "ciążowe zakupy". Dlaczego? Otóż z tej prostej przyczyny, że w zwykłych spodniach zaczęło mi być okrutnie niewygodnie. Po wypróbowaniu ciążowych odetchnęłam z ulgą, schowałam wszystkie swoje dotychczasowe spodnie do worka próżniowego i wyniosłam do lamusa. W szafie pozostały same spodnie ciążowe, a ja ruszyłam na dalsze zakupy. Poród już niedługo, w moich "ciążówkach" chodzę do teraz i nie żałuję ani złotówki z wydanych na nie pieniędzy. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, 9 miesięcy to wcale nie jest tak krótko. To więcej czasu, niż przeciętny "sezon" ubraniowy w ciągu roku (np. lato / zima).

Oczywiście to nie jest tak, że wymieniłam zaraz całą garderobę. Mimo, że mam kilka bluzek ciążowych, większość moich "starych" koszulek nadal się na mnie mieści, pod warunkiem, że były wykonane z elastycznej tkaniny. Jednak są rzeczy, które dość szybko okazują się w zaskakujący sposób za małe i kompletnie nie do użycia. I to nawet zakładając, że wcale nie przybierze się sporo na wadze.

A więc przejdę teraz do rzeczy i wymienię, jakie ubrania i akcesoria uważam za przydatne w ciąży:

- Spodnie ciążowe. No niestety. Chyba, że ktoś chodzi w samych sukienkach. Moim zdaniem nie da się całą ciążę wytrzymać w spodniach z rozporkiem zapiętym na gumkę recepturkę. Spodnie ciążowe mają specjalny fason, główna część kończy się pod brzuchem, niczego nie uciska, a doszyty pas ciążowy tez dobrze robi i dzięki niemu spodnie jakoś trzymają się na miejscu. A więc jest wygodnie, zgrabnie i praktycznie. Kupiłam jedną parę spodni długich, jedne krótkie spodenki i 2 pary legginsów oraz domowy dresik. Ten zestaw wystarczył mi aż nadto. No i nie kupowałam ich w żadnym pachnącym drożyzną H&M.

- Sukienki. Właściwie, to z okazji ciąży kupiłam dwie. Jedną w Lidlu, bo była ładna i tania, a drugą na Allegro. Przydała mi się na eleganckie okazje w stylu pierwsza komunia, czy 80-te urodziny dziadka. Wszędzie tam, gdzie trzeba jakoś wyglądać no i wyeksponować brzuszek, bo czemu nie. Trzecią, mniej oficjalną sukienkę wyciągnęłam z szafy i okazało się, że ma taki fason, że na każdym etapie ciąży się dopasowuje i leży, jak trzeba. Idealna na letnie dni na działce, czy w ogrodzie. Albo nawet w upały w domu. Sukienki jakoś tak naturalnie pasują do kobiecej figury, a cóż może być bardziej kobiecego, niż ciąża? W sukience o odpowiednim kroju nie ma tego problemu, co w spodniach, że coś mogłoby cisnąć itp. Ładnie skrojona sukienka uwydatnia to, czym chcemy się pochwalić i ukrywa to, czego wolimy nie pokazywać. I w ogóle jest wygodna i dodaje nam wdzięku.

- Rajstopy ciążowe. Właściwie powinno to być podpunktem do punktu z sukienkami. Kupiłam tylko jedno opakowanie. Preferuję wygodny, praktyczny, sportowy styl ubierania się i takie rzeczy zakładam tylko na specjalne okazje. Zresztą w ogóle nie przepadam za rajstopami. Ale idąc na eleganckie przyjęcie należy je założyć i już. Tak więc nabyłam rajstopy do tej wyjściowej sukienki. Podobnie do ciążowych spodni mają one dużo miejsca z przodu na pomieszczenie brzuszka. Jeśli ktoś musi używać rajstop, to uważam, że warto kupić ciążowe, bo z wyraźnym brzuszkiem w zwykłych byłoby ciężko.

- Ciążowe bluzki / koszulki. Tu w zasadzie wystarczy kilka, zależy od naszego stylu ubierania się. Czasami można też w lumpku upolować zwyczajną bluzkę nieciążową, rozmiar większą albo o takim fasonie, że pasuje akurat mimo brzuszka. Tak czy owak, jakieś zakupy podczas ciąży na pewno się przydadzą, bo nawet, jeśli mieścimy się w część starych bluzek, to na pewno nie we wszystkie i szkoda je porozciągać i zniszczyć.

- Biustonosz. W tym przypadku po prostu nie ma rady. W ciąży miseczki zwiększyły mi się o 2 rozmiary. Żaden ze starych staników nie wchodzi. Na jakieś wyjścia i inne tam okazje dobry jest biustonosz do karmienia, przyda się i po porodzie, czyli inwestujemy raz, a mamy porządną część garderoby w rozmiarze dopasowanym do obecnych potrzeb. Polecam polską markę Alles Mama. Świetna jakość + patriotyzm konsumencki. Na okazje mniej oficjalne, czyli po prostu "po domu" moim odkryciem są staniki sportowe z Pepco. Tańszych nie widziałam. Mięciutkie, wygodne, nie cisną wrażliwych piersi. Ciąża to nie karmienie, a więc żadne odpinane bajery nie są potrzebne. Do tego, jeśli smarujemy biust jakimiś oliwkami czy maściami, szkoda to potem wcierać w porządny, markowy, elegancki stanik. Wystarczy naciągnąć mięciutkiego "sportowca" za jedyne 15 zł i nie przejmować się... po prostu niczym. Przyznam się szczerze, że intensywne użytkowanie zaorało mi jeden taki stanik na amen, nadawał się wyłącznie do wyrzucenia. Cóż, nie są one jakoś hiper trwałe, ale w tej cenie zupełnie bez wyrzutów sumienia można sobie nabyć nowy.

- Kostium kąpielowy. Tak, tak. Pływanie najbardziej polecanym sportem dla ciężarnych. No i co z tego, skoro blisko połowy ciąży wszystkie stare kostiumy nadają się do założenia wyłącznie na manekin? Nie ma rady, kupiłam kostium. I nie żałuję.

- Majtki. No i dotarliśmy na skraj świata bielizny. Dlaczego majtki? W gruncie rzeczy chciałam spróbować, z czym to się je. No i nie żałuję, jak w pozostałych przypadkach. W bardziej zaawansowanej ciąży część dawnej kolekcji fig ciśnie pod brzuchem. Nadają się tylko najluźniejsze, najbardziej powyciągane ze starości lub najbardziej elastyczne majtki. No i te ciążowe, których mam raptem całe 3 pary. Właściwie to mam 2 rodzaje: figi pod brzuszek chińskiej produkcji z Allegro, oraz bawełniane majtki, również pod brzuszek, marki Canpol Babies. Różnice? Chińskie majty są wykonane z elastycznej tkaniny, są fajnie wykrojone pod brzuszek, ale poza tym przypominają zwykłe majtki i nosi się je przyjemnie. Niestety nie są bardzo trwałe, już mi się w kilku miejscach powyciągał materiał. Tak to bywa z produktami "made in China". Nie ma się więc co łudzić, że wystarczą nam na kilka ciąż, ale przynajmniej są w miarę tanie. Canpol Babies zaś... jak wyciągnęłam z pudełka to omal nie dostałam zawału. To mają być majtki na mój rozmiar? Toż to pokrowiec na czołg!!! Po zmierzeniu okazało się, że pasują akurat. W czym tkwi sekret? Jest to bielizna z bawełny 100%, bez ani kawałka elastycznych dodatków. Jest tak skrojona, żeby pasowała bez rozciągania się. Mi akurat odrobina sztucznizny w bieliźnie nie wadzi, nie jestem alergikiem. Ale co kto lubi. Jedne i drugie majtki nosi mi się równie dobrze. Zakładam je szczególnie w dni wymagające więcej siedzenia czy jazdy samochodem, dla zapewnienia sobie maksimum komfortu.

- Adapter do pasów samochodowych. Tym razem coś z innej beczki. Dlaczego adapter? W gruncie rzeczy jest to taka specjalna podkładka na siedzenie samochodowe, do której przypinamy sobie pasy samochodu, żeby być zapiętym, ale w bezpieczny dla dziecka sposób. Przyda się oczywiście osobom, które jeżdżą samochodem, bez względu na to, czy jako kierowca, czy jako pasażer. Podobnie jak w spodniach, uciskanie brzuszka pasami bezpieczeństwa zaczęło mi przeszkadzać już we wczesnej ciąży, choć takie adaptery są zalecane szczególnie w trzecim trymestrze. Owszem, polskie prawo zezwala ciężarnym na jazdę bez zapięcia pasów. Mandatu nie zapłacimy. Dla mnie jednak liczy się coś więcej, niż tylko mandaty. Przeżyłam sytuację, w której pasy bezpieczeństwa ocaliły mi zdrowie, a być może i życie. Po czymś takim nie wyobrażam sobie jazdy bez zapięcia pasów, zwłaszcza, gdy liczę się za 2 życia, a nie jedno. Byłam też świadkiem małej stłuczki, gdzie drugi samochód, w mieście, jadąc nie więcej niż 50 km/h nie zauważył, że przed nim ruch się zatrzymał i wjechał w zderzak tego przed nim. Na przednim siedzeniu pasażera siedziała nieprzypięta pasami ciężarna. Kobieta wyrżnęła czołem w przednią szybę tak, że szyba się zbiła. Kobiecie poza bólem głowy chyba nic nie było. Chyba. Na szczęście. Tylko dlatego, że jechali tak wolno. Wolę sobie nie wyobrażać podobnej sytuacji poza miastem.


sobota, 5 sierpnia 2017

W ciąży na Grunwaldzie

Jak co roku wybraliśmy się na Grunwald. Z tą różnicą, że tym razem towarzyszył nam mój brzuch ;)

Zdziwiło mnie, że aż tyle osób mi gratulowało, że mi się "w ogóle chce". A przed Grunwaldem kilka osób pytało, czy na pewno się wybieram, bo przecież...

Bo przecież co?

Bo jestem w ciąży? No i?

Powiedzmy to sobie jeszcze raz i bardzo szczerze: uważam, że ciąża w niczym nie przeszkadza w udziale w tego typu imprezach, ba, jest to nawet mniej uciążliwe, niż okres. Może troszkę zależy od tego, w którym się jest trymestrze. OK. Ale poza tym?

Dla niewtajemniczonych: jak jest na Grunwaldzie?

No więc wyobraźmy sobie plenerową imprezę masową, tyle, że ściśle podporządkowaną specyficznemu tematowi. To trochę, jak spory festiwal muzyczny, tyle, że nie o muzykę tu chodzi. Ale jeśli ktoś bywał na festiwalach, to sporo elementów wyda mu się znajomych. A więc tak: są kibelki typu toi-toi, prysznice też, ale także typu toi-toi. Są rynny z kranami pełniące funkcję umywalki. Nigdzie nie ma lustra. Ludzie śpią w namiotach (tyle, że "historycznych"). Gotuje się polowo, na ogniu, w specjalnym sprzęcie "obozowym", lub idzie się kupić gotowe danie "z budki". Są stragany, zwane kramami, jest scena, są szranki, w których odbywają się pojedynki i trybuny do ich oglądania. Są rekonstruktorzy, których nazwalibyśmy w porównaniu "festiwalowiczami" i jest morze turystów.



No więc właśnie. Rekonstruktorzy, czyli uczestnicy, przyjeżdżają co roku w liczbie 2 tysięcy ludzi lub więcej, za darmo, ze swoim własnym sprzętem, po to, by przez tydzień żyć bardziej lub mniej średniowiecznie i uczcić rocznicę Bitwy pod Grunwaldem. Dzielą się na poszczególne obozy, przynależące do danej Chorągwi i w zależności od liczebności danego obozu, przysługuje im określona ilość przenośnych sanitariatów. Większość osób przyjeżdża na około tydzień.

Realia wewnątrz poszczególnych obozów zależą od tego, w jakiej się jest chorągwi. Jedne preferują ściślejsze trzymanie się historycznych realiów, inne pełen wyluz. W jednych śpi się na karimatach ze śpiworami, w innych większość ludzi korzysta z sienników. My należymy do Chorągwi Mazowieckiej Księcia Siemowita. Jestem w niej od samego początku mojej grunwaldzkiej przygody i uważam, że jest najlepsza. Nie ma innej! A więc w Siemowicie zasady są takie, że nie obnosimy się z plastikiem w "dni historyczne" poza namiotami, jesteśmy poprawnie ubrani, a wnętrze namiotu to sprawa indywidualna. Jeśli mamy namiot bez współczesnych sprzętów, możemy go otwierać i pokazywać historyczne wnętrze, jeżeli nie, to pozostaje zamknięty.

My byliśmy od wtorku do niedzieli, z tym, że mój M wrócił we wtorek na noc do domu i dojechał z powrotem w środę, a więc pierwszą noc spędziłam sama. Ale rozbił mi namiot :D

A teraz słówko o średniowiecznych namiotach: są znacznie bardziej przestronne i przewiewne, niż namioty współczesne. Tak, ta "kupa" bawełny lub lnu faktycznie nie przecieka podczas deszczu, jeżeli namiot jest dobrze wykonany. Nasz namiot jest wielki, bo to pawilon dwumasztowy. Jest w nim naprawdę dość miejsca, by się swobodnie przebierać, poruszać, robić cokolwiek. Raz nawet podczas fatalnej pogody odbyła się w nim uczta na 40 osób. Metraż jest więc lepszy, niż w niejednej kawalerce. W tym oto namiocie spaliśmy sobie we dwójkę, na 2 noce dojechała moja siostra. Mieliśmy siennik nakryty 4 wełnianymi kocami. Siostra miała własny siennik.

Po lewej - nasz malutki namiocik :)

Jak się spało ciężarnej? Wybornie! Już pierwsza, samotna noc przebiegła bez żadnych problemów. Pod kocami było mi ciepło, na sienniku ułożyłam się wygodnie, wygniotłam sobie taki dołek, że jakoś dobrze mi się spało, mimo brzucha. Żadnych problemów z zaśnięciem (pewnie zaleta porządnego dotlenienia).

Sprawy sanitarne:
Koleżanka zdradziła mi sekret, że najlepszym "ciążowym" gadżetem na Grunwald jest turystyczny kibelek. Owszem, nie jest to w żadnym wypadku rozwiązanie historyczne, ale toi-toje też do nich nie należą. A do toi-toja daleko. Ciężarne wypróżniają się częściej i to nawet kilka razy w nocy. W nocy spacerować samej po niestrzeżonym terenie, przeziębić się itp? A więc doradzono mi kibelek. Czy z niego skorzystałam? I tak i nie. Otóż kibelek miała mi dowieźć siostra, a, że się parę dni spóźniła, pierwsze kilka nocy (i dni) przeżyłam bez niego.

Bieganie do toi-toja uważam za opcję całkowicie do przeżycia, zwłaszcza w dzień. Ponieważ każda chorągiew ma własne tojki zamykane na kłódkę, są one raczej czyste, nie zapaskudzone przez nawał przypadkowych ludzi, regularnie czyszczone przez firmę serwisową. Nie czeka się w kolejkach, czasem tylko trudno upolować kluczyk, jeśli akurat jest "w obiegu". Właściwie  poszukiwanie kluczyka uważam za największą uciążliwość całej operacji, poza, rzecz jasna, odległością. Największy problem sprawiało to z samego rana, kiedy pęcherz pękał w szwach, albo, co gorsza, lekka niestrawność domagała się natychmiastowego skorzystania z toalety (a nie po przebyciu kaczym chodem ponad 300 metrów). Jednak pod kątem samej higieny uważam, że ciąża w takich warunkach jest znacznie lepsza, niż okres.

Kibelek turystyczny oceniam, jako strzał w dziesiątkę. Odkąd do mnie dojechał i zainstalowałam go wreszcie w namiocie, funkcjonowanie stało się o wiele łatwiejsze. Był używany tylko na "jedynkę", aby usprawnić potem jego czyszczenie. Jednak oszczędziło mi to większości pielgrzymek do tojka. Jest to urządzenie niezwykle funkcjonalne, łatwe w obsłudze, wygodne. Po prostu go uwielbiam i rozważam, czy nie zabrać ze sobą następnym razem ;) Mieliśmy kibelek Campa Potti firmy Thetford. Spuszcza się w nim wodę, nic źle nie pachnie, bo nalewa się tam specjalnych płynów. Już wiem, że są warte swojej ceny, choć mi na te kilka dni wystarczyła reklamówka płynu dołączona w zestawie do kibelka. Po imprezie dosyć łatwo go opróżnić i przepłukać, dokładniejsze mycie można zrobić już w domu.

Prysznice. Przenośne kabiny prysznicowe rozmiaru standardowego toi-toja nie należą do najwygodniejszych, ale są! I to nawet z ciepłą wodą. Tak więc prysznic brałam codziennie. Moja ciążowa higiena czuła się całkowicie usatysfakcjonowana. Raczej nie musiałam czekać w kolejce, najwyżej jedna osoba była przede mną (bo już się myła) albo mnie przepuszczano. Wstawałam zresztą znacznie wcześniej, niż większość obozu, z racji nie imprezowania do aż tak późna ;) Tak więc odświeżona każdego ranka zaczynałam dzień czując się jak bogini :D

Po powrocie do namiotu z prysznica, powtarzałam swój rytuał nacierania brzucha olejkiem przeciw rozstępom. Bardzo sobie zresztą to chwalę, bo dzięki konsekwentnemu stosowaniu olejków rozstępów żadnych nie mam. Po dokończeniu w namiocie czynności higienicznych ubierałam się w średniowieczną kreację "na dziś" i byłam gotowa! Do czego? No, do śniadania, oczywiście.

Własnie, w co się ubrać? Przed Grunwaldem zmierzyłam jedną z moich sukienek i okazało się, że dobrze skrojona sukienka na XV wiek przewiduje wszystko, łącznie z ciążowym brzuszkiem. A więc w te dobrze skrojone mieściłam się bez problemu. Jedna była za ciasna w biuście, ale ta była na mnie trochę ciasna nawet przed ciążą, więc nie mam do niej pretensji. Po prostu na resztę pobytu wylądowała w skrzyni. Na cały pobyt starczyły mi więc 2 giezła i 2 sukienki (lniana i wełniana). Spałam w gieźle, bo nie stosuję współczesnych piżam na wyjazdach historycznych. Do tego oczywiście buty i nogawice, a w przypadku tych ostatnich doceniłam te najbardziej znoszone i dziurawe. Dlaczego? Bo trudno mi dosięgnąć nóg i gdybym miała naciągać te nowiutkie, idealnie spasowane, to chyba bym urodziła. Także bezstresowo wsuwałam na nogi najluźniejsze, najstarsze, dziurawe nogawice, które teraz wróciły do łask. Zresztą, i tak pewnie nie było za bardzo tych dziur widać, a ja miałam komfort.


Sukienkę nosiłam najczęściej niezasznurowaną, ale jakby się uprzeć, zasznurowałabym się w niej bez problemu.

Okazało się tylko, że mój pasek był... za mały. To znaczy pasek był dobry, ale brakowało w nim dziurek, żeby go zapiąć. Poszłam więc do zaprzyjaźnionego kaletnika na jego kram, aby wybił mi 2 dodatkowe dziurki. Jedna idealnie pasowała do kiecki lnianej, druga do wełnianej.

A co z życiem obozowym? Było dobrze. Ludzie byli z reguły bardzo mili i wyrozumiali. Właściwie niczego ode mnie nie wymagano, mogłam dosłownie "leżeć i pachnieć". Owszem, poszłam pomóc w kuchni przed ucztą, pomogłam przy pleceniu wianków. Ale nikt nie miał pretensji, jeżeli nie mogłam tego robić dłużej. Ustępowano mi, troszczono się o mnie. No jednym słowem pełna kultura. Moje bractwo gotowało wspólne obiady, więc jeden posiłek dziennie był zapewniony, śniadania szykowałam i jadłam wspólnie z moją sąsiadką z namiotu obok i innymi osobami, które się przysiadły. Zawsze ktoś pomagał z zagotowaniem wody na palenisku. Mój M tez się bardzo o mnie troszczył.

Fot. R. Birkelbach

Grunwald bez alkoholu? Sprawdzone - da się. Pierwszej nocy wysiedziałam nawet naprawdę długo przy ognisku, mimo uporczywego bólu pleców. Po prostu chciałam nasycić się obecnością ludzi i atmosferą. Czasami było tak, że z powodu pleców musiałam się położyć i M szykował mi coś w pobliżu ogniska. Samo nie picie to jednak żaden problem, już się przyzwyczaiłam. Niektórzy też zresztą byli abstynentami z wyboru.

No to co jest właściwie nadzwyczajnego w braniu udziału w takiej imprezie pod koniec drugiego trymestru ciąży?


poniedziałek, 24 lipca 2017

Jak to jest być w ciąży?

Pytanie, które zapewne nurtuje wszystkie kobiety, które dopiero to czeka w niedługim czasie, planują, albo właśnie ujrzały dwie kreski na teście ciążowym. No jak to będzie?

Pierwsze wyniki wyszukiwania w Google utwierdzają w przekonaniu, że każda ciąża jest inna i każda kobieta przechodzi ją inaczej. No to jak to w końcu jest???!

Ze swojej strony, z perspektywy rozpoczętego już III trymestru, mogę opisać, jak wyglądały poprzednie 2, zanim wszystko zapomnę.

Dla niecierpliwych, którzy nie lubią czytać dużych ilości tekstu, małe streszczenie:

Co mnie najbardziej zdziwiło w ciąży?
Że tak trudno w nią zajść (niektórym). Ja akurat zaszłam bez najmniejszego problemu, ale już będąc w ciąży dowiedziałam się, ile kobiet się stara, nieraz latami, bezskutecznie. Ile doświadcza notorycznych poronień. Zadziwiające! Większość ludzi na co dzień stara się, jak może, żeby w ciążę nie zajść. Wydawałoby się, że technologia zaludniania jest prosta, jak budowa cepa, więc wystarczy przestać się starać o nie-zajście, no i gotowe! Tak właśnie było w moim przypadku. Ale nie wszyscy należą do grona szczęśliwców.

Co, moim zdaniem, jest w ciąży najgorsze?
I trymestr. Serio. Zdecydowanie przereklamowany. Jakoś tak się składa, że większość ciążowych dolegliwości przypada właśnie na te 3 miesiące, ma się więc najgorsze samopoczucie. Do tego w tym okresie najłatwiej jest stracić dziecko, więc dochodzi olbrzymi stres. Nie wykluczając stresu związanego z nową życiowo sytuacją, niepokojem o sytuację w pracy, o reakcje najbliższych itp. Czyli w zasadzie ciągły stres i niepokój, potęgowany wiedzą, że w ciąży nie powinno się stresować, a więc zaklęte koło się nakręca. Burza hormonów (nie jakaś taka przeciętna letnia burza, tylko szalone tornado z piorunami) w tym nie pomaga.

Co mi się w ciąży najbardziej podoba?
Brak okresu :p No, to jest akurat prawdziwy luksus. Nie ma to, jak świadomość, że można planować wakacyjne wyjazdy bez zastanawiania się, czy przypadkiem okres nie pokrzyżuje planów.
No i ruchy dziecka. To jest mega! Odkąd zaczęłam je czuć, przestałam się tyle niepokoić i stresować, czy aby wszystko z nim w porządku. Codziennie, o rozmaitych porach dnia daje mi do zrozumienia, że ma się bardzo dobrze. I to jest jakieś takie fajne i sympatyczne. I przyjemne. Mój M też lubi przyłożyć rękę do brzucha i poczuć wyczyny małego Wiercipięta. Jest to chyba coś, czego mi będzie po porodzie najbardziej brakowało.

To teraz przejdźmy do rzeczy. Jak właściwie do tego doszło?
Jak już wspomniałam, w ciążę zaszłam bez najmniejszego problemu, nawet bez specjalnych starań. Od paru lat myślałam o dziecku, że chcę zdążyć przed 30-stką. Wierciłam dziurę w brzuchu mojemu M, a on jakoś twardo nic w tym kierunku. Zawsze zabezpieczenia, żadnych przebąkiwań chociażby o ślubie, no nic. Aż moja cierpliwość się skończyła. Dotarło do mnie, że na zdążenie przed magicznymi trzydziestymi urodzinami nie ma szans, a więc czas porzucić marzenia, skonfrontować je z rzeczywistością i... carpe diem! Na ten rok miałam niewyobrażalną wprost ilość planów. Podróże, wyjazdy rekonstrukcyjne, obszywanie się na nowe epoki, snowboard... Tak, tak... Całkiem ładne plany dla zagłuszenia świadomości, że plan z zakładaniem rodziny nie wyszedł. Tymczasem do mojego M zaczęło z wolna docierać, że ja tak chciałam, to może jakiś mały prezent z okazji tych trzydziestych urodzin? Jednym słowem nie mogliśmy jakoś tego wszystkiego konkretnie dograć. No i wyszło samo, przypadkiem w sumie. Możnaby to nazwać pomyłką w kalendarzyku. Nie prowadziłam nigdy kalendarzyka, ale oboje mieliśmy zainstalowaną w komórce aplikację prowadzącą statystyki mojego cyklu, wyliczającą dni płodne i szacującą, kiedy ma być okres. Tak więc każde z nas dysponowało w zasadzie tą samą wiedzą.
Styczeń był w tym roku jakiś taki romantyczny, nie sprawdzało się tej aplikacji w komórce codziennie. No i M pomyliło się, ile czasu zostało do okresu. Po jednym razie bez zabezpieczeń poszliśmy na całość. Można powiedzieć, że przez 2 tygodnie nie wychodziliśmy z łóżka zupełnie nie przejmując się antykoncepcją.

Pierwsze objawy ciąży?
M pytał mnie, co z tym okresem. No jak to co? Kiedyś będzie... Nigdy nie miałam super regularnych okresów i nigdy nie pamiętałam dokładnie, kiedy ten okres właściwie ma być. Stąd pomocna była aplikacja, ale nieraz zdarzało się, że okres przychodził dzień, dwa po tym, jak aplikacja go wyliczyła, czasami jeszcze inaczej. No więc czy będzie kilka dni w te, czy we wte, to nic dziwnego ani nowego. Piersi przecież już bolą, to za chwilę będzie. I tak dzień po dniu. Któregoś dnia M się zaśmiał, że tego okresu, to tak chyba przez 9 miesięcy już nie będzie. Absolutnie nie przyjmowałam tego do wiadomości. Przecież ja miałam tyle planów! To wykluczone.
Piersi bolały, bolały, a okres nie nadchodził. W końcu sama zaczęłam się nad tym zastanawiać. No bo brzuch tez nie pobolewał jakoś tak, jak na okres. Coś tam było, delikatnie, ale to nie to. Piersi też, owszem, nabrzmiałe, przewrażliwione, ale nie do końca chyba takie, jak przed okresem. Więc poszłam do lustra. Tak, lustro mnie przekonało! Ani jednego syfa na twarzy! Przed okresem powinnam mieć wysyp kilku natrętów tu lub tam, czoło, broda, okolice nosa. Gdziekolwiek!
Więc jeśli to kogoś interesuje, pierwszym objawem, który przekonał mnie do zakupu testu ciążowego był brak typowych przedokresowych objawów w spodziewanym terminie okresu, przede wszystkim, w moim przypadku, brak trądzikowych zmian na twarzy.

Test ciążowy i co dalej?
Test kupowałam i robiłam nie pierwszy raz w życiu, więc ani cena, ani sposób obsługi nie były dla mnie tajemnicą. Kosztuje toto w drogerii lub aptece około 7 zł, robi się to wczesnym rankiem. Wstałam rano za pierwszą potrzebą i spędziłam te kilka dodatkowych sekund w łazience. Test nie wahał się ani chwili. Jak wynik "ładował się" w przeznaczonym do tego okienku, miarowo, bez zakłóceń, najpierw wyraźnie pokazała się kreska testowa, a potem ta druga, właściwa. Coś takiego widziałam pierwszy raz w życiu. Emocje? Coś w rodzaju lekkiego, ale nie aż tak, zaskoczenia, łączonego z chłodną kalkulacją. Już sam fakt, że poszłam go kupić, świadczy, że mocno brałam ten wynik pod uwagę. Po prostu miałam gdzieś z tyłu głowy nadzieję, że może to jednak nie to i pojadę w tym roku na te wszystkie wyjazdy. A z drugiej strony i nutka ciekawości. No więc okazało się, że to jednak to i wcale nie byłam jakoś bardzo zdziwiona. No bo przecież, do licha, faktycznie przez 2 tygodnie nie wychodziliśmy z łóżka. Więc podsumowaniem tego krótkiego procesu myślowego był wniosek: "A więc to już". Stwierdziłam, że mimo wszystko, mam dokładnie to, czego chciałam. Nie zdążę co prawda urodzić przed trzydziestymi urodzinami, które mają być w marcu, ale zdążyłam przynajmniej zajść w ciążę. Czy nie o tym marzyłam? O to mi przecież wcześniej chodziło, a wszystkie obecne plany wynikały z braku postępów na tym polu. No więc z żalem trzeba będzie z części tych planów zrezygnować. Jeszcze nie wiedziałam z ilu, czy na pewno z większości. Może coś się uda? Ciąża to nie koniec świata. Tymczasem planowałam wrócić jeszcze do łóżka. Było wcześnie, M spał, miałam jeszcze około godziny do pory, o jakiej powinnam wstać, żeby zdążyć do pracy. Jak wychodziłam z łazienki, zaczynała mnie z wolna ogarniać ekscytacja. Ale fajnie! Coś się dzieje! Coś nowego! No, co by nie było, jedno było pewne: będzie się działo. I to dużo. To będzie ciekawy rok. W tym nastroju poszłam spać.

Pierwsze tygodnie sponsoruje literka E - jak Euforia.
Tamtego dnia wstałam do pracy wcześnie, a mój M spał dalej. Nie było mu więc jak o tym powiedzieć. A jakoś trzeba. Można sobie układać w myślach tysiące scenariuszy, a w praktyce na coś się trzeba zdecydować. Zostawiłam mu test ciążowy na stole w kuchni. Jak już się obudzi, to tam na pewno go zobaczy. I wyszłam. Z szybkiego researchu w internecie dowiedziałam się, że mam kupić kwas foliowy i umówić się do ginekologa. Nie zwlekając przeszłam do realizacji. Wizytę miałam umówioną szybko, ale w Gdyni. No cóż, lepiej podjechać i być zbadanym od razu, niż czekać 2 tygodnie. W aptece, jak miałam kupować kwas foliowy okazało się, że są różne stężenia, a więc pani zapytała, czy jestem w ciąży. Więc po raz pierwszy musiałam komuś na głos powiedzieć, że tak. Dziwne uczucie. Ale jestem, do licha! Musi to kiedyś zacząć do mnie docierać. Po powrocie z pracy M czekał na mnie, w kuchni, test gdzieś schował, ale zapytał: "Jak się czujesz, Mamuśka?" - "A ty, Tatuśku?"
Chyba następnego dnia, albo 2 dni później miałam tę wizytę. Pani ginekolog, babeczka w średnim wieku, ale robiąca wrażenie doświadczonej, z poczuciem humoru i energicznej, przypadła mi do gustu. Zbadała coś po swojemu, pogratulowała, stwierdziła, że ciąża jak nic. Umówiła na USG, wyrecytowała całą litanię rzeczy, które mam jeść, a których nie jeść, dała skierowania na badania krwi i moczu z wyszczególnieniem mnóstwa aspektów tego badania krwi. Miałam więc być przebadana na wszystko. No i w sumie fajnie, miałam wreszcie poznać swoją tajemniczą grupę krwi i przekonać się o faktycznym stanie zdrowia. Ale nie jeść serów pleśniowych? Ja mam nie jeść serów pleśniowych????

Nie robiłam drugiego testu. Nie czułam takiej potrzeby. Przecież jeden wystarczająco szybko potwierdził moje przypuszczenia, a ginekolog tylko to potwierdziła. Próbowałam przyzwyczaić się do nowych zaleceń żywieniowych. Zaczęłam przeglądać rozmaite strony internetowe, żeby się czegokolwiek o ciąży i tym wszystkim dowiedzieć. Kupiłam sobie czasopismo ciążowo-parentingowe i przeczytałam od deski do deski. Miałam olbrzymia potrzebę z kimś się tym podzielić, ale rodzicom ani w pracy nie chciałam jeszcze mówić. Zdążyłam już się dowiedzieć, że w pierwszych tygodniach łatwo o samoistne poronienie, więc po co robić hecę. No ale przyjaciółkom musiałam napisać. I siostrze. Ktoś, do licha, wiedzieć musiał, bo bym wybuchła! Mnie tu rozpierają emocje i jak tu to wszystko ukrywać?! Byłam bardzo podniecona, chciałam już, natychmiast, coś wiedzieć, widzieć. Do USG miał być prawie miesiąc, a ja myślałam, że zwariuję. Jak miałam się przyzwyczaić do nowej roli nie widząc nic? Będąc w centrum handlowym kupiłam 2 pierwsze niemowlęce ubranka. Schowałam je w swojej szafie, bo było mi trochę głupio. Ukradkiem je wyciągałam w różnych momentach i oglądałam. Patrzenie na ubranka pomagało mi wyobrazić sobie, że będę mieć dziecko. Koleżanka poradziła mi zalogować się na forum dla ciężarnych, na którym będą kobiety z terminem na ten sam miesiąc, więc w tym samym stadium ciąży, przechodzące dokładnie to samo, co ja. Powiedziała, że to pomaga. Tak zrobiłam.

Na samym początku głównym objawem była ochota na seks. Hormony łaskawie obdarzyły mnie ogromną chcicą i brakiem innych dolegliwości. Myślałam, że tak będzie cały czas. Oboje się cieszyliśmy, mieliśmy naszą małą tajemnicę i razem epatowaliśmy tym swoim szczęściem kontynuując okres romantycznych uniesień. Mój M chyba nawet zaczął mi się jeszcze bardziej podobać, jeśli to możliwe. To jak renesans związku, nowe zakochanie. Po prostu ogłupiająca chęć przytulenia się do niego, wytarmoszenia i zaciągnięcia do łóżka. Idylla.

Pierwszy trymestr. H - jak Hormony.
Kto właściwie powiedział, że ciąża, to stan błogosławiony? Czy ktokolwiek mówił, że to coś fajnego? Nie chcę tu nikogo zniechęcać. Ciąża ma swoje plusy. Ale ma też minusy. Blaski i cienie. Tylko, że zdecydowanie najbardziej upierdliwy jest jej początek. Owszem, czekają mnie jeszcze ostatnie 2 miesiące, no i poród, może jeszcze zmienię zdanie. Ale póki co, pierwsze 3 miesiące (nie licząc tych kilku tygodni idylli) wspominam zdecydowanie najgorzej. Dlaczego?

W skrócie rzecz ujmując, początek ciąży to nagła zmiana dotychczasowego trybu życiu, cała sterta wyrzeczeń i prawie żadnych plusów. W miarę, jak pierwsze emocje krzepną, przed oczami staje coraz konkretniejsze wyobrażenie, ile jeszcze czasu trzeba w tym nowym trybie wytrzymać. Coraz brutalniej docierają informacje, z których planów i aktywności należy zrezygnować. Ilu smacznych rzeczy nie jeść. Po woli zaczyna ogarniać niepokój o stan zdrowia płodu, o pracę, o reakcje rodziny. A potem z wolna zaczynają się dolegliwości ciążowe. I pozamiatane.

Brzucha jeszcze nie widać. Z wypiekami na twarzy kupuje się kolejny numer magazynu ciążowego, a tam, na okładce, na zdjęciach, uśmiechnięte kobiety z wielkim brzuchem. Nawet reklamy Google zaczynają się dostosowywać do ostatnich wyszukiwań i podrzucają kolejne fotki wielkich brzuchatek. No świetnie, ale ciąża, to także te pierwsze miesiące, kiedy nie widać nic!

Codziennie stawałam przed lustrem patrząc, czy cośtam mi już urosło. Nic a nic. Zero satysfakcji. Nikt, patrząc na mnie, nie zgadnie, że jestem w ciąży. Nikt nie ustąpi miejsca w kolejce, czy autobusie. W moim życiu tyle się zmienia, a jakby nic się nie zmieniło. Traciłam energię, apetyt, a nikt nie mógłby się domyślić, że dzieje się ze mną coś niezwykłego. Robiło mi się słabo za każdym razem, gdy wchodziłam do supermarketu czy centrum handlowego. Nawet chciało mi się płakać z byle powodu. A czasem, to nawet miałam powód. Wolne dni na zimowy wyjazd na snowboard były już zaklepane. Tak się cieszyłam na ten wyjazd. I im więcej czytałam na ten temat, tym bardziej byłam pewna, że nie powinnam jechać. Nawet przyjaciółka w rozmowie przez Messengera usiłowała ściągnąć mnie na ziemię. Aż otworzyłam stronę, gdzie jak wół były wypisane sporty najbardziej niewskazane w ciąży, w tym narciarstwo i snowboard. Z jakim okropnym żalem musiałam zrezygnować z tego wyjazdu. Jak głupio mi było pisać do znajomych, którzy porezerwowali już pokoje, bez podawania prawdziwej przyczyny mojej rezygnacji. Był to pierwszy kryzys związany z prawdziwym wyrzeczeniem poniesionym dla dobra ciąży, której nawet, cholera, nie widać.

Właściwie doszłam wtedy do wniosku, że ciąża jest jak taki dłuuugi okres, tylko, że bez okresu. Ma się hormony, bardzo dużo hormonów sterujących całym postępowaniem, brzuch pobolewa, piersi nabrzmiałe, rozmaite nastroje. I tylko okresu brak. Chociaż tyle dobrze.

No dobra, jakie są te dolegliwości ciążowe?
Tu wracamy do oklepanego frazesu: każda ciąża jest inna i każda kobieta przechodzi ją inaczej. Jest też na ten temat mnóstwo stereotypów i mitów.
U mnie było dosyć lajtowo, ale i tak dało mi popalić. Na szczęście, nie wymiotowałam ani razu. Teraz pewnie wszystkie kobiety, które objęciami muszli klozetowej witały każdy nowy dzień swej ciąży spojrzą na mnie z politowaniem i powiedzą: "Toż ty nic nie wiesz o dolegliwościach ciążowych!"
No tak, ale kto nie nazwie dolegliwością całkowitej utraty apetytu na około miesiąc? Wiecie, jak to jest nie odczuwać żadnej przyjemności ani satysfakcji z jedzenia? Wmuszać w siebie posiłki z czystego rozsądku? Jeść cokolwiek po to tylko, żeby jeść, bo wiadomo, że trzeba?

Czytałam nie tylko w internetowych kalendariach przebiegu ciąży, ale i na forum, do którego dołączyłam, ile kobieta powinna przybrać na wadze na tym etapie, na którym byłam. I inne forumowiczki przybierały, a ja chudłam. Na każdej kolejnej wizycie kontrolnej ważyłam mniej. Wmuszałam w siebie posiłki z nadzieją, że to wszystko nie zaszkodzi dziecku. Nie miałam siły ani ochoty jeść tyle, ile zalecały mądre poradniki. Cieszyłam się, jak zjadłam cokolwiek. Na talerz z potrawą z pracowniczej stołówki patrzyłam bez żadnych emocji. Było to jak tektura, którą należy przeżuć i połknąć. Kiedy opuściła mnie przyjemność z jedzenia czułam się, jakbym się żegnała ze wszystkimi przyjemnościami w życiu. Na mój wyczekiwany wyjazd snowboardowy nie pojechałam i już jakoś to odcierpiałam, zaczynałam rozumieć, na ile innych wyjazdów także nie pojadę, czego nie zrobię i nie uszyję. Nawet seks nie sprawiał mi już takiej przyjemności, jak na początku, bo zaczęłam obawiać, się, czy aby nie szkodzi dziecku. A jeżeli spanie, jedzenie i seks to jedne z największych przyjemności w życiu, to wynikało z tego, że pozostaje mi już tylko spanie. A i z tym bywało różnie.

Otóż ogarniała mnie coraz większa senność. Zaczęłam praktykować drzemki w ciągu dnia. Przespanie 3 godzin w środku dnia to nic nadzwyczajnego. Tylko potem czasami miałam problem, żeby od razu zasnąć w nocy. W kulminacyjnym momencie mojej senności byłam bliska zaśnięcia na stojąco podczas spaceru z psem. Pies ciągnął mnie na smyczy, mi zamykały się oczy i marzyłam tylko o tym, żeby dobrnąć wreszcie do domu i walnąć się na łóżko. Nikt, kto nie był w ciąży nie wie, jak bardzo życie, takie zwykłe, codzienne, może być męczące. Spanie stało się moim hobby. Zaczęłam rozumieć wszystkie memy związane ze spaniem. Mój organizm był tak zajęty produkowaniem wszystkich kończyn i organów małego człowieka, że nie starczało już energii na moje normalne funkcjonowanie. Czułam się jak zamulony bawół.

Do tego jeszcze te uczucie duszności, albo słabości w centrach handlowych. Nie jestem wytrawną zakupoholiczką, kupuję najczęściej, bo muszę. Np zrobić zakupy spożywcze. Do tego tak się składa, że pracuję w centrum handlowym. No więc spadek sił w momencie przekroczenia progu miejsca pracy nie jest raczej niczym dobrym. Raz, jak byłam w sklepie, by obejrzeć mebelki dziecięce, zrobiło mi się tak słabo, że musiałam usiąść. Rozpaczliwie szukałam wody. Kręciło mi się w głowie, było duszno. Lekarka powiedziała, że w ciąży to normalne. Hura! Żyć, nie umierać.

Nieustający niepokój. Otóż był on stałą częścią I trymestru. Niepokoiło mnie, po kolei, wszystko. Najpierw niepokoiła mnie praca. Miałam ją od niedawna, a tu nagle ciąża. Jak to będzie wyglądało? Co oni powiedzą? Potem rodzina. Jak zareagują? Zwłaszcza na to, że nie mamy ślubu? A teściowie? Ucieszą się, czy nie? Potem zdrowie dziecka. Czy ja się w pracy nie przemęczam, czy nie podniosłam czegoś zbyt ciężkiego? Czy nie zaszkodziłam? Czy ten ser, który wczoraj jadłam, na pewno był zdrowy dla płodu? A te bóle brzucha? Normalne, czy nie? Forum ciążowe w równym stopniu pomagało, co nakręcało te lęki. Z jednej strony o wszystko można było zapytać i otrzymać odpowiedź od doświadczonych mam, będących obecnie w kolejnej ciąży. No więc diagnozowały bóle, opisywały swoje sytuacje, nieraz o wiele gorsze od tego, czego ja doświadczałam. No i wtedy czułam się lepiej. Dziewczyny z forum jadły rzeczy, które moja ginekolog odradzała i też czułam się lepiej. Bo ja tego nie jadłam. Byłam silna. Ale część z nich opowiadała też historie swoich poronień. W 9 tygodniu. W 12. W 16. Jedna straciła dziecko w 22. Odhaczałam kolejne tygodnie myśląc sobie, że udało mi się zabrnąć dalej. Czyli chyba jest dobrze. Chyba. A co, jeśli coś się stanie w następnym? Żeby zgłębić temat, poczytałam mądrości internetu na temat poronień. Wg jednej wersji najwięcej jest do 8 tygodnia, wg innej, do 12. Po przekroczeniu każdego z tych progów czułam, jakbym zaliczyła jakiś ważny etap. Ale czy już można odetchnąć z ulgą? Jak się nie stresować, kiedy tyle rzeczy stresuje? Na każde USG chodziłam nie tylko po to, by wreszcie zobaczyć Maleństwo, ale także, by się upewnić, że wszystko z nim w porządku. No i było w porządku. Tydzień od badania zaczynałam znów popadać w niepokój.

No i płacz. Rzadko, ale jak już ruszy, to na całego. Na pierwsze umówione USG nie dotarliśmy. Odliczałam do niego dni i godziny, wsiadałam do samochodu podekscytowana na całego. M prowadził. Wyjeżdżamy na obwodnicę, pierwsze kilka kilometrów i... korek. Czas leciał nieubłaganie, a my w korku i nic się nie dało zrobić. W końcu M skorzystał ze zjazdu i pojechaliśmy miastem. Wpadliśmy do przychodni zdyszani, ale spóźnieni. Powiedziano nam, że lekarka już poszła, bo to była jej ostatnia wizyta. Jak to usłyszałam wpadłam w atak nie dającego się powstrzymać płaczu. Byłam jednocześnie upokorzona tym, że ryczę przy ludziach, ale nie mogłam nic z tym zrobić. Ostatecznie babeczki z recepcji wysłały mnie do położnej, żeby ze mną pogadała. Była wyjątkowo wyrozumiała, pocieszała mnie, umówiła na inny termin. Na korytarzu kazała mojemu M często mnie przytulać. I wyjaśniła, że to tylko hormony.

Miałam pracować do końca marca, od kwietnia iść na zwolnienie. I tak coraz trudniej było mi sprostać obowiązkom w pracy. Nie mogłam przecież dźwigać, więc albo musiałam prosić kogoś o pomoc, albo przenosić paczki po jednej na wózek i tak samo ostrożnie je wyładowywać. W efekcie wszystko robiłam trochę wolniej. Do tego jeszcze to zmęczenie, duszność. Wypijałam więcej wody. Raz wynikła z tego afera, bo chcieli mnie zmienić z kimś na kasie, bo pracowałam za wolno. Wynikło jakieś nieporozumienie, reszta pracowników stworzyła własną wersję, plotki ruszyły. W efekcie następnego dnia znowu dostałam ataku płaczu. Starałam się chować gdzieś, gdzie jest mniej ludzi, ale całkiem nie dało się ich uniknąć. Jednego z ostatnich dni pracy coś mi strzeliło w kręgosłupie i nie mogłam się ruszać. Siedziałam zesztywniała, a ruchy rękami powodowały okropne cierpienie. Chciałam to wytrzymać, ale wracając po przerwie znowu się poryczałam. Ktoś powiedział, żebym poszła odpocząć. Siedziałam i ryczałam. Wysłali mnie do domu. Kilka dni przeleżałam w łóżku nie mogąc się poruszać. Pomógł mi fizjoterapeuta.

Kiedy zaglądałam do kalendarium przebiegu ciąży, żeby przeczytać, co się właściwie teraz dzieje, irytowały mnie zdania w stylu: "już niedługo poczujesz się znacznie lepiej". Tak? Dziękuję bardzo!

II trymestr. Internety miały rację!
Zaczął się kwiecień, a moje dolegliwości ustępowały jedna po drugiej. Jako pierwszy powrócił apetyt. Powitałam go z olbrzymim entuzjazmem. Nikt nie wyobraża sobie jakie to cudowne uczucie móc znów odczuwać przyjemność z jedzenia! Doceniałam smak każdej, nawet drobnej rzeczy. Poczułam się o wiele lepiej. Potem, stopniowo, stawałam się mniej senna. Przestałam też wstawać w nocy kilkakrotnie do toalety. A więc internetowym poradom mogę przybić piątkę, a ich autor może wygłosić dumne: "A nie mówiłem?" Owszem. Poczułam się znacznie lepiej. Życie w 2 trymestrze ciąży staje się lżejsze. Mniej dolegliwości, mniej niepokoju. No i jakoś tak łatwiej się żyło, bez tego całego zmęczenia, miałam więcej energii, mogłam normalnie wybrać się do sklepu, na spacer, uszyć coś na maszynie. Bez pracy miałam też czas, właśnie na hobby, zaczęłam szyć niemowlęce ubranka i pieluchy. Czułam się, jakby łatwiej było nawet oddychać!

Na początku maja zaczęłam odczuwać ruchy płodu. Sprawiło mi to wielką ulgę, bo już zaczynałam się niepokoić, czy to aby nie jest źle, że ich nie czuję. Odkąd Maleństwo zaczęło buszować po moim brzuchu i urządzać w nim dzikie harce, stałam się znacznie spokojniejsza. Już nie musiałam zamartwiać się jego stanem. To po prostu czuć, że ono tam jest. Skoro się rusza, to wszystko z nim dobrze. Dodawało mi otuchy i towarzystwa.

Nadszedł też ten upragniony dzień, w którym zaczęło być widać brzuszek. Był pewnie jeszcze całkiem mały w porównaniu z tym, jaki mam teraz, ale mnie rozpierała duma. Wyciągnęłam M na ogród, aby porobił mi zdjęć. Wyglądałam jak prawdziwa kobieta w prawdziwej ciąży!

Odkąd brzuch rósł, a Maleństwo towarzyszyło mi swoimi ruchami, przestałam aż tak odliczać dni do kolejnych badań. Zrezygnowałam też z zaglądania na forum ciążowe. Wsparcie już nie było mi tak potrzebne, a nie chciałam się też niepotrzebnie denerwować tym, co tam wypisują. No i zwyczajnie nie miałam na to czasu, bo pochłonęło mnie szycie, wybieranie wózka i mebelków, kupowanie ubranek.

Nadal odliczam dni do porodu, bo jednak ciąża to nie lukrowane cukierki. Jest fajnie, ale jedne dolegliwości zamieniają się w inne. W 2 połowie II trymestru zaczęły boleć mnie plecy. Kręgosłup. I to nie na odcinku lędźwiowym, mimo widocznej lordozy, ale na odcinku piersiowym, dokładnie tam, gdzie kiedyś "strzeliło" mi w pracy. Tak więc, jak dłużej posiedzę, bolą mnie plecy i muszę się położyć. Do tego doszedł ból jakiegoś mięśnia czy czegoś z przodu, poniżej biustu, na wysokości żeber. Najpierw panikowałam, co to może być. W końcu doszłam do wniosku, że to jakiś ból uciskowy. Tak więc boli mnie albo z tyłu, albo z przodu, albo i tu i tu. Zaczęłam się już do tego przyzwyczajać.

Bywa, że trudno mi się wygodnie ułożyć do snu. Mam wielki brzuch i nie powinnam leżeć na nim. Znalezienie wygodnej pozycji, to wyzwanie.

Mimo wszystko jestem zadowolona ze swojej figury i wyglądu. Podobno niektóre kobiety wpadają w kompleksy, że figura im się zmienia, że piersi rosną, że brzuch... U mnie nic z tych rzeczy. Owszem, biust mi urósł, ale to fajne, teraz jest jędrny i trzyma się nawet bez stanika. A brzuch? Moim zdaniem jest śliczny! Tyle czekałam, aż go zobaczę, a jak zaczął rosnąć, to jak piłeczka. Ja za bardzo nie utyłam. Owszem, odkąd wrócił mi apetyt, zaczęłam wreszcie przybierać na wadze, ale bez przesady. Samo dziecko waży w tej chwili ponad 1200 g. Ręce i nogi mi nie utyły, wyglądam, jakby doklejono do mnie taką fajną, okrągłą piłkę. Jest fajna i zgrabna, tak przynajmniej uważam. Dobrze się z tym czuję. Nie mam plam na twarzy, chociaż jest środek lata. Z ciuchów ciążowych chętnie zakładam obcisłe bluzki, bo w nich dobrze widać, jak okrąglutka jest "piłeczka".

II trymestr to faktycznie dobry czas na wyjazd, np na wakacje. Z tą całą energią można docenić uroki wyjazdu, a dolegliwości nie popsuja wspomnień.

Na początku III trymestru dochodzę do wniosku, że staję się wielka. Piersi znowu pobolewają, pewnie znów będą się powiększać. Piłeczka jest już konkretną piłką, coraz większą. Zdarza mi się czymś zawadzić o coś, chodzę po domu jak słonica i zrzucam różne rzeczy, potrącam sprzęty. Buty zawiązuję na taborecie. Paznokcie u stóp obcina mi M. Mniej więcej od początku lipca Maleństwo inaczej się porusza. Ono też już nie ma tam miejsca. Teraz, jak poszaleje, jest tak, jakby wnętrzności wywracały mi się do góry nogami.

No i to tyle, jeśli chodzi o opis dotychczasowego przebiegu mojej ciąży. Może to komuś pomoże?

W ramach ciekawostki dodam, że w pracy menagerka ucieszyła się na wieść o ciąży. Ja nie miałam pojęcia, jak jej to powiedzieć, a ona niemal się popłakała ze szczęścia. Serio. I powiedziała, że w tych czasach, kiedy tyle kobiet ma problemy z zajściem w ciążę, lub z jej donoszeniem, należy się cieszyć z każdej ciąży, która się uda. Mówiła, że nawet w tej firmie jest "tyle dziewczyn, które się starają latami i nic." Nie chciało mi się w to wierzyć. Jak to? Czy na prawdę to jest takie trudne?

Moja przyjaciółka podsumowała to tak: "nie ma się co dziwić, że ludzie mają problemy z zajściem w ciążę. Niezdrowy tryb życia, zła dieta, za dużo stresu. Do tego kobiety latami stosują antykoncepcję hormonalną. Nie, że rok, dwa, pięć, ale po dziesięć lat i więcej, a potem się dziwią, że mają powikłania. A mężczyźni używają za dużo używek, alkohol, papierosy. I jeszcze pampersy źle działają na chłopców. Wszystko to razem sprawia, że jest, jak jest."