Otóż, nie bardzo wiedziałam, od czego zacząć. Od ponad dwóch lat gotuję na kuchni węglowej. Moja kuchnia, jako wnętrze, jest zdecydowanie daleka od ideału i nie nadaje się do publikacji w magazynach typu "Weranda". Obecnie prowadzimy remont, co jeszcze bardziej komplikuje wykonywanie znośnych zdjęć. W ciągu ostatniego roku porobiłam fotki niektórych gotowanych przez siebie dań, głównie na pamiątkę, że w ogóle coś takiego powstało. Ciągle eksperymentuję i rzadko mi się zdarza gotować dwa razy to samo danie. Blog prawie śpi, więc zacznę tu wrzucać te kulinarne przygody, nierzadko podróże w czasie i przestrzeni. Fotografie może nie są "naj", ale są. Zapisanie przepisów w jednym miejscu mi osobiście pomoże, a może zainspiruje kogoś jeszcze :)
Na pierwszy ogień przygoda z lipca tego roku, czyli średniowieczne pączki szałwiowe. Wykonane niedługo po powrocie z Grunwaldu, jako element nostalgii porekonstrukcyjnej.
Przepis pochodzi z książki R. Husson'a i P. Galmiche'a "Kuchnia Średniowieczna", wydanej w 2015 r. Jak podają, ten konkretny przepis spisany jest wg. Talleventa (XV w.)
Na pierwszy ogień przygoda z lipca tego roku, czyli średniowieczne pączki szałwiowe. Wykonane niedługo po powrocie z Grunwaldu, jako element nostalgii porekonstrukcyjnej.
Przepis pochodzi z książki R. Husson'a i P. Galmiche'a "Kuchnia Średniowieczna", wydanej w 2015 r. Jak podają, ten konkretny przepis spisany jest wg. Talleventa (XV w.)
- 250 g mąki
- 1 łyżka miodu (najlepiej aromatycznego)
- cukier
- gałązka szałwii
- 250 ml białego wina
- olej do smażenia
Szałwię (najlepiej taką z własnego ogródka ;) ) drobno siekamy, mieszamy ją z mąką, winem i miodem na gładką masę i odstawiamy na pół godziny. Nabieramy ciasto łyżeczką i kładziemy na niebyt mocno rozgrzany olej. Teoretycznie zwiększamy ogień, kiedy pączki wyrosną. (Ja nie do końca panuję nad natężeniem ognia, albo się pali, albo nie pali, albo w panice zamykam fajerki i zestawiam garnek :D ) Pączki wyciągamy kiedy się zrumienią, odsączamy z nadmiaru tłuszczu i posypujemy cukrem. Ponoć Taillevent radził, aby do oleju wrzucić gałązkę rozmarynu.
Tak kuleczki wyglądały w moim kociołku podczas smażenia. Czy jestem zadowolona z tego przepisu? Raczej tak. Pączki wyszły trochę twarde, możliwe, że temperatura oleju była jednak zbyt wysoka i się za bardzo spiekły zamiast podrosnąć. Miały jednak przyjemny, ziołowy smak. Zdecydowanie nie przypominają dzisiejszych pączków, bardziej ptysie do zupy. Warto spróbować i się przekonać :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz